Skip to content

BLISKIE SPOTKANIA Z UFO

16 marca 2010

Spotkania pierwszego i drugiego stopnia z UFO

W ostatnich dwudziestu latach astronomowie i astrofizycy wytropili tak wiele dziwnych obiektów w odległych regionach Wszechświata, że dzisiaj w ogóle nie możemy ocenić, jak dalece odkrycia te zmieniają i będą zmieniać nasz obraz świata: czarne dziury i białe karły,, kosmiczne promieniowanie tła, galaktyki Seyferta, pulsary i kwazary oraz Kosmos o strukturze wyraźnie podobnej do struktury komórek. Astronomia posługująca się falami radiowymi, promieniowaniem rentgenowskim, badająca Kosmos w ultrafiolecie i podczerwieni, stworzyła nam zupełnie nowe możliwości obserwacji Wszechświata. W końcu to podróże kosmiczne pozwoliły· nam szczegółowo sfotografować i dokonać pomiarów prawie wszystkich planet i księżyców· Układu Słonecznego. A mimo to stale pojawia się na naszym niebie fenomen, który prawie nigdy nie dał się całkowicie sprawdzić, zanalizować czy poddać badaniu uwieńczonemu sukcesem. Są to Nieznane Obiekty Latające. Nie będziemy tu dotykać “historii” tego zjawiska, którą przedstawiono gdzie indziej [8]. Ale od blisko czterdziestu lat prawie codziennie w różnych punktach naszej planety obserwuje się UFO. Mówi się o świecących kulach, które płyną w powietrzu, zatrzymują się nagle. a potem wykonują ruchy absurdalne i niezgodne z mechaniką lotu, o metalicznie połyskujących tarczach, dyskach, ogromnych cylindrach, formacjach latających “spodków”. Przede wszystkim jednak istnieją relacje o obiektach, które wylądowały, o istotach podobnych do człowieka, i – co chyba najciekawsze i najosobliwsze – o uprowadzeniach i bezpośrednich kontaktach z załogami UFO.  Czym są UFO? Skąd przybywają`. Czego chcą ich załogi? Uczciwie musimy przyznać, że na żadne z tych pytań nie możemy dać zadowalającej odpowiedzi. Najczęstsze przypuszczenie ogranicza się do stwierdzenia, że są to pozaziemskie statki kosmiczne, wysłańcy odległych cywilizacji. Pokrótce się tym zajmiemy.

Głównym argumentem przeciw hipotezie ETI (Extraterrestrial Intelligences, czyli inteligencje pozaziemskie) są bez wątpienia ogromne odległości międzygwiezdne. Odległość od Ziemi do Księżyca, najbliższego nam ciała niebieskiego, wynosi około 380 000 km, to trochę więcej niż światło przebyłoby w sekundę. Statki Apollo potrzebowały prawie trzech dni na przebycie tego dystansu. Ponieważ możemy założyć, że w Układzie Słonecznym nie ma żadnych innych rozwiniętych i inteligentnych cywilizacji, pozostaje tylko możliwość międzygwiezdnego pochodzenia tak zwanych UFO. Najbliżej Ziemi znajduje się gwiazda Alfa Centauri i możemy liczyć, że ma ona układ planetarny. Alfa Centauri jest jednak oddalona od nas o 4,3 lata świetlne! Przy zastosowaniu dzisiejszej techniki rakietowej podróż tam trwałaby dziesięć lub sto tysięcy lat, bez wątpienia o wiele za długo, aby poważnie rozważać możliwość wysyłania tam załogowych czy nawet bezzałogowych statków kosmicznych.   Ale rozpatruje się już możliwość skrócenia czasu podróży do 60 lat, co dla bezzałogowej sondy kosmicznej byłoby z pewnością do przyjęcia (projekt Dedal). Za pomocą statków kosmicznych Dedal o napędzie termojądrowym roboty mogłyby docierać na najbliższe nam gwiazdy w stosunkowo krótkim czasie, nawet gdyby to było niemożliwe dla lotów załogowych [9).

Studium projektowe Dedal, sporządzone przez British Interplanetary Society świadczy jednak o tym że loty, przynajmniej do hipotetycznych układów planetarnych najbliższych nam gwiazd, nie muszą pozostać utopią, nawet jeśli dziesięć lat temu powszechnie tak sądzono. Od tamtych czasów obliczono możliwości kolonizacji galaktycznej, znacznie wykraczające poza studia nad Dedalem. Posłużono się modelami tak zwanych pokoleniowych statków kosmicznych czy arek gwiezdnych. Są to wielkie kompleksy kosmiczne, będące dla bardzo wielu ludzi (nawet dla kilku tysięcy) „latającym domostwem”. I mimo stosunkowo niewielkiej prędkości we Wszechświecie mogłyby w ciągu zaledwie pięciu milionów lat skolonizować całą Galaktykę. Pięć milionów lat w astronomicznym wymiarze to naprawdę niewiele.

Jeśli więc inni istnieją – a większość wspomnianych naukowców tak zakłada – to przynajmniej jedna z licznych cywilizacji Galaktyki rozpoczęła zapewne kiedyś kolonizację innych układów gwiezdnych i nieuchronnie dotarła w obręb naszej Drogi Mlecznej. Jeśli tak, to dlaczego nic nie widzimy? Problem ten, nazwany od nazwiska słynnego fzyka Enrico Fermiego „paradoksem Fermiego”, nie da się rozwiązać tak długo, jak długo nie zdecydujemy się na włączenie obserwowanych od wieków zjawisk do kręgu tych zagadnień. Zarówno paleoastronautyka, zajmująca się szukaniem osobliwych śladów w historii, jak i badania nad UFO mogą nam tu znacznie pomóc lub przynajmniej dostarczyć istotnych poszlak. Nie jest do końca zrozumiałe, dlaczego dziedziny te nie cieszą się powszechnym a przede wszystkim naukowym zainteresowaniem.  Nie znaczy to jednak, że nikt się nimi nie zajmuje. Przeciwnie, jednym z najbardziej wyspecjalizowanych badaczy w dziedzinie poszukiwań SETI (Search for Extraterrestial Intelligences, czyli poszukiwania pozaziemskich inteligencji) jest bostoński astronom prof. Michael Papagiannis. Zastanawiał się on nad częstotliwością pojawiania się UFO. W rzeczy samej jest mało prawdopodobne, żeby pozaziemskie pojazdy kosmiczne regularnie przebywały ogromne odległości międzygwiezdne w celu składania nam krótkich wizyt. Dlatego Papagiannis zaproponował, aby rozpocząć poszukiwania stałej bazy, istniejącej zapewne gdzieś w Układzie Słonecznym. Dotychczas nie odkryliśmy nic takiego, ale przeszukiwanie Układu Słonecznego jest jeszcze w powijakach. Nie mamy co liczyć, że już po dwudziestu pięciu latach trafimy przypadkiem na jedną lub więcej takich stacji.

Ale gdzie możemy się ich spodziewać? Zakładając istnienie wielkich gwiezdnych arek, które dziś (!) wydają się najbardziej prawdopodobnym środkiem pokonywania przestrzeni międzygwiezdnych, to takie statki kolonizacyjne powinny „zacumować” w obszarze Układu Słonecznego, spełniającym określone warunki: dopływ energii, łatwy dostęp do surowców i wody. W naszym systemie planetarnym warunki takie istnieją w skupisku planetoid…  Planetoidy krążą wokół Słońca w obszarze między orbitami naszych zewnętrznych sąsiadów, Marsa i Jowisza. Jest to wiele tysięcy małych planetek albo asteroid, czyli ciał przypominających gwiazdy. Przypuszczalnie jest to materiał pozostały z czasów powstawania Układu Słonecznego, z którego nie powstała planeta. Ale właśnie tu można się spodziewać znacznych zasobów surowcowych, przede wszystkim metali. Dzięki niewielkim rozmiarom tych ciał (na ogół o średnicy kilku, niektóre nawet kilkuset kilometrów) eksploatacja metali byłaby bardzo prosta.

Dla pozaziemskich kolonii kosmicznych byłoby to wręcz idealne miejsce do zakotwiczenia. Prócz surowców miałyby tu do dyspozycji energię słoneczną, Wodę można by łatwo sprowadzić z czap polarnych Marsa lub lodowych księżyców Jowisza. Papagiannis wierzy, że takie pozaziemskie społeczeństwa musiały już dawno osiągnąć statyczne stadium istnienia, bo proces kolonizacji odbył się przypuszczalnie przed milionami czy nawet miliardami lat. Stąd ich przemiany były zapewne bardzo rzadkie, a czas, subiektywnie patrząc, upływał znacznie wolniej niż w naszym zagonionym świecie. Papagiannis: „Ziemia była dla nich zapewne bardzo nieciekawym nośnikiem prymitywnego życia, wartym zachowania jedynie ze względu na studia ewolucyjne czy jako zoo. Ale w ostatnim stuleciu nastąpiły rewolucyjne zmiany. Łączność radiowa, samoloty, bomby atomowe, satelity, wyprawy na inne planety – działań tych nie mogą nie zauważyć” [10]. Innymi słowy, przynajmniej od czasu, gdy poznaliśmy energię jądrową i dzięki temu, przynajmniej teoretycznie, jesteśmy w stanie zagrozić im atakiem nuklearnym, nie mogą nas dłużej ignorować. Papagiannis: “Dlatego można sobie wyobrazić, że wobec tej nagłej eksplozji technologicznej zachowują jeszcze rezerwę i próbują rozstrzygnąć, czy reprezentujemy jakiś rodzaj choroby kosmicznej, którą należy zniszczyć, zanim się rozprzestrzeni, czy może jesteśmy młokosami rokującymi jakieś nadzieje, którym powinno się pomóc w przystąpieniu do już istniejącego społeczeństwa galaktycznego. Myślę, że nasze teraźniejsze postępowanie powinno dać sposobność do uświadomienia sobie obu tych konsekwencji” [10].

Amerykański fizyk, dr Robert Freitas, przedstawił w 1983 roku międzynarodowy plan poszukiwania śladów inteligencji pozaziemskiej w Układzie Słonecznym. Projekt ten, nazwany SETA (Search for Extraterrestrial Artifacts, czyli poszukiwanie artefaktów pozaziemskich), powinien rozpocząć się na przykład od planetoid lub od punktów Lagrangea w układzie Ziemia-Księżyc lub Ziemia-Słońce. Tu znosi się wzajemnie grawitacja tych ciał niebieskich i tu mogą stacjonować stacje bezzałogowe, które od stuleci lub dłużej obserwują wszystkie wydarzenia na Ziemi i przekazują je przedstawicielom obcych cywilizacji, niezależnie, czy znajdują się oni obecnie w Układzie Słonecznym w międzygwiezdnych arkach kolonizacyjnych, czy na którejś z odległych gwiazd stałych. W marcu 1986 roku europejska sonda kosmiczna Giotto przeleciała po raz pierwszy przez ogon komety Halleya i przekazała na Ziemię zdjęcia jądra komety. Tymczasem planuje się wysłanie następnej sondy, Giotto II, która ma się dopasować do kursu komety i towarzyszyć jej przez jakiś czas. Podobne pojazdy kosmiczne mogłyby na przykład zbliżyć się do punktu Lagrangea i sprawdzić, czy nie kryją się tam sondy pozaziemskich cywilizacji. Na lata dziewięćdziesiąte planuje się wyprawę ku planetoidom. Czekamy z niecierpliwością na rezultaty tego przedsięwzięcia.  Jeśli chodzi o poszukiwania cywilizacji pozaziemskich, nadal jesteśmy na początku. Nie wiemy, czy UFO mają z nimi jakiś związek. Istnieją przecież inne hipotezy: UFO to pojazdy z przyszłości, pojazdy z innych wymiarów czy wszechświatów równoległych. Może to być materialna projekcja jakiejś wyższej inteligencji z Universum lub z innego poziomu istnienia. Może są to także projekcje zbiorowej podświadomości ludzkości. Tak naprawdę nic jeszcze nie wiadomo. Brakuje danych empirycznych, faktów, dowodów. Już od lat pięćdziesiątych kompetentni przedstawiciele rządów różnych krajów lekceważyli i wyśmiewali UFO albo w tajemnicy pracowali nad rozwiązaniem tego problemu. W obu przypadkach oszukiwano nas, opinię publiczną i obiektywną naukę. Rozpowszechniając błędne informacje uniemożliwiono znalezienie zadowalającego rozwiązania.

Ufologię pozostawiono do dziś inicjatywie poszczególnych naukowców i nienaukowców. Szczególnie wśród tych ostatnich jest, niestety, pełno różnych grup, grupek, a także samotnych “badaczy”, którzy w swoich “badaniach” niezbyt przejmują się stroną naukową i z badania UFO chcieliby zrobić nie wiadomo co. Znaczącą rolę grają dla nich aspekty religijne i pseudoreligijne. Chcieliby nam obwieścić, że UFO to wysłańcy Boga, pojazdy aniołów czy innych duchowo wysoko rozwiniętych cywilizacji pozaziemskich, chcących uratować ludzi (czy paru “wybrańców”) przed zbliżającym się końcem świata – Sąd Ostateczny jako kosmiczna przygoda! Z drugiej strony są tacy, którzy uważają to wszystko za dzieło mocy piekielnych: “Jesteśmy zdania, że szatan i jego demony mają związek z tymi niezwykłymi fenomenami. Wierzymy także, że ich działalność ma wiele wspólnego z nadchodzącym końcem świata. Z biblijnego punktu widzenia zwiększona aktywność szatana wcale nas nie dziwi” [11]. A więc zalecają: “wierzący chrześcijanie nie muszą się bać, gdy w toku badań zajmiemy się działalnością demonów, ale warto trzymać swą fantazję w ryzach” . Jest to rada, której można tylko przyklasnąć (i której przestrzegać powinni także cytowani autorzy), bo właśnie w dziedzinie UFO, podobnie jak w paleoastronautyce i parapsychologii, publikuje się niekiedy tak wierutne brednie, że krytyczny czytelnik czy obserwator może tylko z politowaniem pokiwać głową. Potrzeba nam obiektywnego podejścia bez uprzedzeń i bez pseudoreligijnych zapatrywań na to całkiem realne zjawisko.

Jednym z najpoważniejszych i z pewnością najbardziej znanych w świecie badaczy UFO był chicagowski astronom, prof. J. Allen Hynek. Niegdyś zatrudniony w realizowanym przez siły powietrzne USA Project Bluebook, który miał wyjaśnić naturę zjawiska UFO, porzucił po kilku latach tg pracę z powodu uprawianego tam kupczenia tajemnicami oraz polityki dezinformowania opinii publicznej. Do swojej nagłej śmierci w kwietniu 1986 roku kierował instytutem Center for UFO-Studies w Evanston, Illinois. Jako pierwszy sklasyfikował przed paru laty spotkania z UFO. Jego klasyfikacja jest akceptowana do dziś. Zgodnie z nią obserwacje nieznanych obiektów latających można podzielić na trzy kategorie:

1) spotkania pierwszego stopnia: obserwacja UFO, który nie pozostawia śladów ani nie widać załogi (najczęstszy przypadek);

2) spotkania drugiego stopnia: obserwowane UFO pozostawia fizyczne ślady, np. ślady lądowania, ślady promieniowania, ślady na roślinach, zwierzętach i ludziach (na przykład oparzenia);

3) spotkania trzeciego stopnia: obserwacja UFO i jego załogi, nawiązanie przez załogę kontaktu z obserwatorem czy obserwatorami, ewentualne uprowadzenie do obiektu, badanie i późniejsze uwolnienie obserwatora.

Spotkania pierwszego stopnia, jak nadmieniliśmy, są z pewnością najczęstsze ze wszystkich obserwacji UFO i tu właśnie powstaje najwięcej błędnych interpretacji. Na ogół widzi się tylko jakieś “jasne światło w oddali” lub jakiś “kosmiczny przedmiot” między chmurami etc. Ale i w tej kategorii są informacje godne zaufania, obserwacje ludzi, którzy doskonale znają się na zjawiskach zachodzących na niebie i są w stanie rozstrzygnąć, czy jest to coś całkowicie “naturalnego”, czy też coś niewytłumaczalnego. Są to astronomowie, astronauci, piloci, kontrolerzy radarów, meteorolodzy. Jako klasyczny przykład wymieniany jest tu prof. Clyde Tombaugh, astronom, który w 1930 roku odkrył planetę Pluton. 20 sierpnia 1949 roku Tombaugh obserwował wraz z żoną i teściową geometryczną formację prostokątnych, żółtozielonych obiektów, przelatujących powoli z północnego zachodu na południowy wschód nad Las Cruces w Meksyku. Tombaugh: “Wątpię, czy to zjawisko było jakimś ziemskim odbiciem… Byłem tak nieprzygotowany na tego rodzaju osobliwą obserwację, że skamieniałem ze zdziwienia” [12]. Tombaugh pracował wtedy w doświadczalnej stacji rakietowej White Sand. Następnie dodaje, że “nie mamy [tzn. Amerykanie – J. Fiebag] nic, co można by z tym nawet porównać” [13]. Wzorcowe spotkanie pierwszego stopnia opisał Hynek. Przypadek ten przeanalizowali i odłożyli ad acta jako “niezidentyfikowany” pracownicy Project Bluebook. Głównym świadkiem był dyrektor szkoły, a także kilka towarzyszących mu osób. Jechali oni dwoma samochodami. “Zupełnie niespodziewanie zauważyłem za skałą jakieś światło i pomyślałem, że to jeden z tych starych samolotów zboczył z kursu i awaryjnie ląduje na polu. To pierwsze przyszło mi na myśl. I wtedy zza skały wyłonił się ten niezwykły obiekt. Kształtem przypominał trochę stalowy hełm z czasów drugiej wojny światowej” [14]. Dyrektor szkoły mimowolnie zahamował i zatrzymał samochód. “Nie mogłem zrozumieć, dlaczego samolot miałby schodzić tu do lądowania. A ten ogromny, oceniam, że dziewięćdziesięciometrowy obiekt wyłonił się zza skały i prawie w zupełnej ciszy zatrzymał się nade mną na ułamek sekundy, jak przedmiot, który zmienia swój kierunek. Potem odleciał ku lotnisku” [14]. Najbardziej zdziwiła go jasność obiektu: “Dach samochodu wydawał się przepuszczać światło. Było niewiarygodnie jasno, strasznie jasno, powtarzałem sobie. Spojrzałem na dłonie: wyglądały jak na zdjęciu rentgenowskim” [14].

W dziejach spotkań z UFO wielokrotnie dochodziło do ścigania niezidentyfkowanych obiektów przez pilotów z różnych krajów. Pierwszy taki przypadek zdarzył się 7 stycznia 1954 roku nad Kentucky, gdy amerykański pilot Thomas Mantell zginął, próbując schwytać UFO [8]. Podobna historia, choć szczęśliwie zakończona dla pilota, wydarzyła się w Chile. 16 grudnia 1979 roku nad północnochilijskim miastem Calama ujrzano “ogromną ognistą kulę”. Generał Benjamin Opazo Brull rozkazał czterem myśliwcom z bazy sił powietrznych w Cerro Moreno wystartować do pościgu i zidentyfikowania obiektu. Według danych radarowej kontroli lotów samoloty znajdowały się najpierw na pułapie 5000 m. Ale UFO umknęło im, lecąc pionowo w górę. Obiekt stale utrzymywał odległość około 1500-1700 metrów od ścigających. Nagle ruszył wprost na samolot kapitana Luisa Lira Bustosa, który zrobił unik, przechodząc błyskawicznie w lot nurkowy. Komandor Javir Pratt Corona kontynuował pościg. Zbliżywszy się do obiektu, ujrzał, że jest to “ogromny trójkąt ze światłami na rogach”. Inny pilot, Jose Fernandes Martin, był wyraźnie zszokowany, bo nie mógł sobie wyobrazić, “żeby normalny obiekt latający w kształcie ogromnego trójkąta mógł unosić się bez ruchu w powietrzu” [8]. Po kilku minutach nieznany obiekt ponownie wzniósł się pionowo i oddalił na dwadzieścia kilometrów od ścigających go myśliwców, a w końcu zniknął “w tajemniczy sposób”, jak wyraził się Pratt Corona.

Co ciekawe, w trakcie pościgu udało się zrobić zdjęcia nieznanego obiektu, a jedno z nich zostało opublikowane. Widać na nim światła na rogach ogromnego trójkąta. 30 grudnia 1978 udało się, też z pokładu samolotu, sfilmować nad Nową Zelandią jakiś obiekt. W związku z tym fizyk, dr Bruce Maccaabee, przeprowadził szczegółowe dochodzenie, przeanalizował film i rozmawiał ze świadkami. Po zakończeniu tych badań, w których uczestniczyli też jego koledzy i specjaliści-filmowcy, ustalił, że nie jest to fałszerstwo, lecz że było to “prawdziwe UFO”. Setki świadków z amerykańskich stanów Kansas i Missouri widziały 17 listopada 1980 roku ogromny obiekt latający, który przez ponad cztery godziny krążył po niebie. Także i ten obiekt opisano jako trójkąt wielkości boiska do piłki nożnej. Miał jedno światło białe i dwa czerwone “jakby reflektory”. Roger Benett, jeden z licznych świadków, słyszał “ciche brzęczenie” w momencie przelotu obiektu nad nim. “Na krótko przed zniknięciem obiektu w chmurach wypuścił on jednocześnie około sześciu mniejszych obiektów”. Inni świadkowie, jak Rick Hull i Buddy Hannafort, dojrzeli okna “jakby kabiny”. 23 grudnia 1981 roku dwaj policjanci w amerykańskim stanie Kentucky widzieli całą flotyllę nieznanych obiektów latających. Frank Chinn i John Cooper śledzili za pomocą lornetki “eskadrę sześciu obiektów” lecących jeden za drugim. “UFO lśniły, jakby były zrobione z jakiegoś niezwykle świecącego materiału”. Chinn porównał ten połysk do połysku oszlifowanego diamentu: “Różnica polegała na tym, że na każdej płaszczyźnie zewnętrznej umieszczony był jasny reflektor, świecący jaskrawym, białym światłem. A pośrodku obiektu obracały się trzy błyszczące światła w kolorze zielonym, czerwonym i żółtym”. Cooper zaś uzupełnia: “Nie ma na to żadnego logicznego wyjaśnienia. Widziałem wystarczająco dużo samolotów i helikopterów, by wiedzieć, że nie były to obiekty latające, jakimi dysponujemy”.  Trzech innych policjantów, Karl Sicinski i jego dwaj koledzy, widziało 25 listopada 1980 roku nad miastem Will County w stanie Kentucky obiekt poruszający się na wysokości około 500 metrów. Zgodnie z ich zeznaniami leciał on początkowo na południe, potem skierował się na wschód, a zaraz potem na północ. W końcu zatrzymał się, zwrócony w kierunku południowo-wschodnim. Sicinski: “Był potwornie duży i bardzo jasny. Miał kształt leżącej łzy, a otaczała go białoróżowa łuna”.  Dzięki meldunkowi, który Sicinski przekazał drogą radiową do na posterunek, załogi dwóch innych patroli też zauważyły obiekt. Zbliżyły się do niego z dwóch różnych stron. Najbliżej obiektu był zapewne Sam Cucci: “Włączyłem szperacz, ale UFO zawrócił i nagle zniknął, tak jakby ktoś zgasił światło”.  Takie nagłe znikanie obiektów – podobnie jak nagłe pojawianie się -jest ich typową i często obserwowaną cechą. Zjawisko to jest sprzeczne ze znanymi nam prawami fizyki i świadczy o tym, że mamy tu zapewne do czynienia z demonstracją jakiejś zupełnie nam nie znanej technologii.

Innym, ciągle opisywanym zjawiskiem jest wysyłanie różnych rodzajów promieniowania, przede wszystkim światła widzialnego. W nocy z 29 na 30 listopada 1983 na niebie nad Ras-al-Kheima (Zjednoczone Emiraty Arabskie) zaobserwowano obiekt, z którego w kierunku Ziemi wybiegały silne, pomarańczowe promienie. Naoczni świadkowie opowiadali, że obiekt latający był widoczny przez dwie godziny i “wysyłał po dwa promienie świetlne w niezmiennej kolejności. Za każdym razem światło było silne przez minutę, potem znowu słabe i znów silne itd.” Podczas emisji światła obiekt się nie poruszał. Według rządowej gazety syryjskiej “Teshreen” zjawisko to obserwowało kilkaset osób.  Nad ranem 30 stycznia 1985 roku załoga i wielu pasażerów radzieckiego samolotu pasażerskiego TU 134A widziało na nocnym niebie “wielką, błyszczącą gwiazdę”. Według moskiewskiej gazety związkowej “Trud” i niemieckiej agencji prasowej DPA obiekt został dostrzeżony przez załogę o godzinie 4.10. Samolot odbywał lot Tbilisi–Rostów-Tallin na wysokości około 10 000 metrów.  Według kapitana obiekt początkowo unosił się jakieś 30-40 km nad ziemią wysyłając wąski promień światła w jej stronę. Promień ten nad powierzchnią ziemi rozszerzał się, tworząc stożek. W tym “zdumiewająco jasnym świetle” załoga widziała domy i ulice. Pilot Igor Czerkaszyn zeznał do protokołu, że wiązka światła skierowała się nagle na samolot. Kabinę pilotów zalało jaskrawe światło. Załoga widziała biały punkt świetlny otoczony kolorowymi pierścieniami, który zamienił się “niespodziewanie w zieloną chmurę”. Zaraz potem obiekt błyskawicznie skierował się w stronę samolotu, przecinając jego kurs. Załodze wydawało się teraz, że wygląda jak “chmura w kształcie samolotu”. “Chmura” eskortowała ich aż nad Estonię. Potem zniknęła.  Relacje członków załogi i niektórych pasażerów potwierdzone zostały zarówno przez pilotów maszyny lecącej z przeciwka, jak i przez kontrolę naziemną, która na ekranach radarów widziała dziwne plamy koło samolotu. Takie obserwacje UFO, wiążące się z emisją światła prowadzą nas, według klasyfikacji Hynka, do tak zwanych spotkań drugiego stopnia, czyli obserwacji nieznanych obiektów latających pozostawiających ślady, choćby były to ślady na ziemi (np. ślady lądowania) lub w formie szkód, powstałych w wyniku najrozmaitszego promieniowania. Taki właśnie spektakularny przypadek zdarzył się przed paru laty w Związku Radzieckim.

20 września 1977 roku mieszkańcy Petrozawodska, stolicy Karelskiej Autonomicznej Republiki Radzieckiej, widzieli około czwartej nad ranem na niebie coś przypominającego wielką, świecącą meduzę, która zalała całe miasto morzem światła. Niebo nad miastem było bezchmurne, jasność obiektu wielokrotnie przyćmiła jasność gwiazd. UFO unosiło się nad domami przez około 12 minut i w końcu oddaliło w kierunku jeziora Onega.   O wydarzeniu “Prawda” doniosła 23 września 1978 roku, z prawie rocznym opóźnieniem: “Nad Petrozawodskiem unosiła się >>gwiazda<<, świecąca intensywnym blaskiem i przypominająca świecące koło z kłosów. Z kształtu była podobna do meduzy. Zbliżała się powoli do Petrozawodska, zalewając przy tym miasto intensywnym światłem. Były to tysiące wiązek świetlnych, sprawiających wrażenie ulewnego deszczu. Po jakimś czasie promieniowanie ustało, świetlna meduza ograniczyła swoją jasność i oddaliła się w stronę jeziora Onega. Na horyzoncie widać było szare chmury i gdy zjawisko w nie weszło, powstało w nich kilka półkoli i małe koła w kolorze czerwonaworóżowym. Zjawisko trwało dziesięć do dwunastu minut”.   Mikołaj Miłow, korespondent agencji TASS, wkrótce przybył na miejsce zdarzenia i miał sposobność zasięgnięcia dokładnych informacji. Pokazywano mu podziurawione brukowce i szyby w oknach. Jego zdaniem w Petrozawodsku musiały się rozegrać burzliwe sceny. Wiele osób uwierzyło w amerykański atak atomowy i było na krawędzi załamania nerwowego. Miłow tak pisał o swoich rozmówcach, naocznych świadkach: “Wyglądało, jakby nagle zachorowali. Sprawiali wrażenie rozstrojonych nerwowo”. Jako pierwsi spostrzegli tego ranka osobliwe zjawisko policjanci z Helsinek, stolicy Finlandii. Zgodnie z ich raportem widzieli je pomiędzy godziną 3.06 a 3.10. Określili je jako “kulę ze światła”, przesuwającą się powoli na wschód, w stronę Związku Radzieckiego. Około czwartej rano zjawisko dotarło do Petrozawodska nad jeziorem Onega. Jurij Gromow, dyrektor stacji meteorologicznej w Petrozawodsku przyrównał promienie świetlne “do małych złotych strzał”. Powiedział też: “Nagle jakiś mały obiekt oddzielił się od zjawiska świetlnego i poleciał ku ziemi. W tym czasie główny obiekt stopniowo przybrał formę eliptycznego pierścienia, w środku bladoczerwonego, po bokach białego. Skierował się na ławicę chmur nad jeziorem Onega, wypalił w nich czerwoną dziurę i zniknął w niej”. Fizyk i oceanograf  Władimir Ażaża opisał swoje obserwacje w następujący sposób: “Obiekt leciał nisko nad portem, następnie zatrzymał się nad stojącym na kotwicy statkiem długości 142 m. Porównanie ze statkiem pozwoliło stwierdzić, że średnica UFO wynosiła 104 metry. Gdy UFO oddalało się w stronę jeziora Onega, wielu kierowców ruszyło za nim”.  Potem przez długi czas obiekt unosił się bez ruchu nad jeziorem. Ażaża: “Po chwili jakiś mały obiekt oddzielił się od obiektu głównego. Leciał prosto w dół i zniknął pod powierzchnią wody. W tym samym momencie obiekt główny ruszył i z wielką szybkością zniknął w ławicy chmur”. Konsekwencje, jakie według niego należy wyciągnąć z zachowania obiektu, są nieuniknione. “Moim zdaniem nad Petrozawodskiem widziano albo UFO, wysłannika wyższej inteligencji z załogą i pasażerami, albo pole siłowe wywołane przez UFO”.  Innym naocznym świadkiem był lekarz W. I. Mienkowoj. Którego o tak wczesnej porze wezwano do pacjenta: “Nagle zobaczyliśmy tę osobliwą gwiazdę. Miała wiele, wiele promieni i całkowicie zakrywała niebo. W końcu płomienista kula ruszyła w stronę gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy, zmniejszając intensywność promieniowania. Światło tego obiektu było początkowo tak jasne i przezroczyste, że bolały mnie oczy. Zjawisko trwało piętnaście minut”.  Co ciekawe, w 1980 roku obserwowano we Francji bardzo podobne obiekty, które jednak nie wysyłały zagadkowych promieni świetlnych. Łącznie trzy obiekty latające pojawiły się nad paryskim przedmieściem Creteil. Opisano je jako “wielkie twory w kształcie gwiazd, porównywalne trochę z jasnożółto połyskującymi jeżami”. Inny obiekt wysyłał promienie czerwone, żółte i zielone. Początkowo poruszał się powoli, a potem nagle się zatrzymał i błyskawicznie obrócił wokół własnej osi. Wydarzenia nad Petrozawodskiem przebiegły względnie spokojnie (pomijając podziurawione brukowce i powybijane szyby okien) w porównaniu z innymi, które miały miejsce w Indiach 17 marca 1979 roku. UFO spowodowało tam prawdziwą katastrofę, która kosztowała życie 28 ludzi. Początkowo mówiono oficjalnie, że tornado spustoszyło jedno z przedmieść New Delhi. Ale badania, przeprowadzone przez fizyka, prof. Swdesha Kumara Trikha z uniwersytetu w New Delhi, świadczą o czymś zupełnie innym. Jego zdaniem zniszczenie domów, połamanie masztów telegraficznych i drzew, zranienie i zabicie wielu ludzi są następstwem lotu koszącego jakiegoś UFO i jego radioaktywnych spalin. Liczni świadkowie, wśród nich na przykład prof. Dr Shatrughan Skhula (też z uniwersytetu w New Delhi), obserwowali pomarańczowy, świecący obiekt w kształcie kuli, który przemieszczał się nad miejscowością zygzakowatym kursem zmieniając wysokość. Trikha wykonał badania, które wykazały, że radioaktywność w miejscu katastrofy wzrosła o 55%. Ten radioaktywny ślad odkryto wzdłuż najbardziej zniszczonego, wąskiego dwumilowego pasa. Na podstawie swoich badań Swdesh Trikha odrzuca wszystkie wyjaśnienia przyrodnicze: “Moim zdaniem zostało to spowodowane przez nisko lecące UFO, napędzane energią jądrową”. Bezpośrednio po katastrofie rząd zamknął ten obszar i zabronił dziennikarzom fotografowania zwłok i zniszczonych domów. Zresztą zwłoki natychmiast spalono.  Nie zawsze podobne zdarzenia muszą kosztować życie ludzkie. Podany przykład jest wyjątkiem i należy go traktować jako osobliwość. Jednak dosyć często poszczególni świadkowie ulegają poparzeniom. W końcu czerwca 1980 roku “Dziennik Argentyński”, ukazujący się w Buenos Aires, doniósł o spotkaniu z UFO pewnego robotnika rolnego z prowincji Santa Fe. Angel German Moressi z Arequito szedł do pracy na swoim polu, gdy zauważył, że jest śledzony przez jakiś jaskrawo świecący obiekt latający. Obiekt ten zbliżał się do niego, ale Moressi nie był zdolny do ucieczki. Bijący z obiektu żar stał się w końcu tak silny, że Moressi stracił przytomność i upadł na ziemię.   Gdy doszedł do siebie, stwierdził, że ma rozległe oparzeliny na ramionach i udał się do szpitala w Arequito. 26 czerwca lekarze ze szpitala wydali komunikat w jego sprawie. Moressi miał oparzenia w pięciu miejscach na prawym przedramieniu i w okolicy lędźwiowej. Oparzeliny liczyły po trzy centymetry średnicy, miały kolor ochry i występowały na nich pęcherzyki. Po tygodniowym leczeniu nie uległy żadnej zmianie, a Moressi jeszcze długo później uskarżał się na ciągłe bóle głowy.

Oparzenia podobne do silnych oparzeń słonecznych były następstwem obserwacji UFO, prowadzonej przez elektryka, Jerryego McAllistera z Anderson w Południowej Karolinie, w nocy na 11 września 1980 roku. O 4.20 wyrwał go ze snu dziwny warkot, przypominający “furkotanie kręcących się śmigieł”. Wyjrzał przez okno i zobaczył spowitą jasnym światłem tarczę, o średnicy około dwudziestu metrów, wysoką na dwa piętra, mającą w środku rząd okien. Tarcza unosiła się tuż nad czubkami jodłowego zagajnika. Światło tarczy zalało całą okolicę, w pokoju było jasno jak w dzień. McAllister: “Zrobiona była z ciemnoszarego metalu. Obracała się zgodnie z ruchem wskazówek zegara”. Oprócz McAllistera obiekt widziało także czterech policjantów w dwóch samochodach patrolowych. Mike Burton, zastępca szeryfa z Anderson: “Obserwowałem UFO przez półtorej godziny, zanim w końcu zniknęło na północnym wschodzie. Nie ma dla tego żadnego ziemskiego wyjaśnienia.”  Później ustalono, że McAllister doznał oparzeń twarzy. Przez cztery dni cierpiał na silne bóle głowy i ciągłe dzwonienie w uszach. W miejscu pojawienia się UFO policja stwierdziła skrajne zwiększenie radioaktywności.  Publikacje odrzucające istnienie UFO często stosują argument, żenigdy dotychczas nie udało się odnaleźć i zanalizować żadnych materialnych elementów UFO. To prawda, że przypuszczalnie do dziś żaden nieznany obiekt latający nie wpadł w ręce żadnego rządu na ziemi. (Świadomie używam tu słowa “przypuszczalnie”, bo relacje o przypadku z Roswell z lat pięćdziesiątych nie są wcale wyssane z palca. Rozbite UFO znaleziono tam podobno na pustyni w Arizonie [15].) Z drugiej strony wydaje się jednak, że istnieją przynajmniej pojedyncze elementy, wyrzucone lub zgubione przez UFO. Zostały one odnalezione, a nawet poddane analizie. Jeden z takich przypadków zdarzył się w Brazylii. Pewnego letniego wieczoru w 1983 roku małżeństwo Freitas widziało, że około dwudziestu metrów nad ich domem w Macae unosił się owalny obiekt, promieniujący błękitnym światłem. Po mniej więcej godzinie cały dom spowiła niebieskawa mgła. Słychać było dźwięki przypominające wybuchy ogni sztucznych. Następnie obiekt przesunął się nad sąsiedni dom i dwójka świadków ujrzała, jak pozornie płonące części spadają do ich i do sąsiedniego ogrodu. Gasły natychmiast po zetknięciu z ziemią.  Policja zaalarmowana przez małżeństwo oddała elementy do analizy. Rzecznik prasowy policji Milton Belgas oświadczył: “Przeprowadzono wiele badań. Materiał ten jest nam zupełnie nie znany. Jeżeli jest pochodzenia ziemskiego, to nie został dotąd odkryty”. Części badano w Instytucie Kryminologii w Rio de Janeiro. Według rzecznika policji były to trzy cylindryczne przedmioty długości kilku centymetrów. Podczas upadku wypaliły dwie dziury w trawie ogrodów i jedną w dachu sąsiedniego domu.  Podobne wypadki były już znane wcześniej. Z pewnością świadczą najdobitniej, że UFO, niezależnie od ich pochodzenia, to obiekty materialne, nie zaś złudzenia optyczne, halucynacje, niejasne wytwory wyobraźni czy inne bzdury tego rodzaju. Potwierdzają to także relacje ze spotkań trzeciego stopnia, jakie zdarzały się na całej kuli ziemskiej, relacje ludzi, którzy spotkali się z załogami nieznanych obiektów latających.

Spotkania z UFO trzeciego stopnia

Szczególnie w latach pigćdziesiątych stał się głośny osobliwy “gatunek” obserwatorów UFO: tak zwani “kontaktowcy”. Twierdzili oni – zwłaszcza George Adamsky, Fry, Villanueva i inni – że utrzymują stały kontakt z Wenusjanami, Marsjanami, z “kosmicznymi ludźmi” z Jowisza, Saturna, Lirana i Plutona i że są zapraszani na Księżyc (po jego drugiej stronie znajdowały się rzekomo lasy i morza) i na inne planety, itd. My jednak wiemy, od czasu misji amerykańskich i radzieckich sond kosmicznych, że ani na Marsie, ani na Wenus, ani na innych planetach nie ma inteligentnego życia (nie można całkowicie wykluczyć ewentualności istnienia prymitywnych organizmów na Marsie lub Tytanie, księżycu Saturna). W ten sposób fantastyczne opisy kontaktowców okazały się zupełnie bezpodstawne.  Ale czy dlatego wszystkie relacje o spotkaniach z załogami UFO należałoby między bajki włożyć? Na pewno nie. W ostatnich latach znanych jest kilka przypadków, które wytrzymują wszelkie badania i których nie można zwyczajnie pominąć. Coś takiego zdarzyło się w pobliżu wsi Pietuszki pod Moskwą. Aleksander Norin, strażnik i pracownik leśny, podczas obchodu lasu w pobliżu radzieckiej stolicy zauważył nagle jakiś pomarańczowoczerwony obiekt, stojący na leśnej polanie, a obok dwie poruszające się istoty. Miały około jednego metra wzrostu, szerokie bary i sprawiały wrażenie muskularnych. Całe ich ciała i głowy zakrywały ściśle przylegające czarne ubrania. Tam, gdzie Norin spodziewał się ujrzeć oczy, okrycie miało szparę. Język, którym się posługiwali, przypominał pracownikowi leśnictwa świergot ptaków. Gdy dwójka zauważyła mężczyznę, zawróciła do swojego pojazdu, który zaraz się wzniósł i zniknął w jaskrawej błyskawicy. Inny przypadek, który początkowo wyglądał na całkiem zwykłe spotkanie drugiego stopnia, doprowadzi nas do jeszcze innego wariantu bezpośrednich kontaktów ludzi i załóg UFO. Ukazujący się w Lantanie w USA “Weekly World News” pisał 4 listopada 1980 roku: “Pewien mężczyzna, jego żona, dzieci i siostra zostali sterroryzowani przez UFO po przejęciu kontroli nad ich samochodem. Osłupiała rodzina nijak nie może doliczyć się godziny z życia. Ten niewiarygodny przypadek wywarł ogromne wrażenie na Johnie Mannie i jego rodzinie. Do dziś dręczą ich ciągłe zmory senne, związane z tym niewyjaśnionym spotkaniem. John opowiada, że jadąc około północy w okolicy Stanford-in-the-Vale w Anglii, siedział wraz z siostrą Frances Farrow na przednim siedzeniu samochodu, a żona Gloria oraz dzieci, Natasza i Tania, z tyłu. Nagle, jak opowiada, na niebie ukazało się promieniujące białe światło. Zaczął żartować z żoną na temat UFO. Następnie jakiś czarny obiekt zasłonił Księżyc i dał się słyszeć głośny dźwięk. Zatrzymał samochód i wysiadł sprawdzić, co się dzieje. Dokładnie nad  sobą ujrzał ogromne UFO. Wskoczył z powrotem do wozu i ruszył. Zauważył jednak, że coś przejęło kontrolę nad pojazdem. Wieziono ich dziwną drogą przez tajemniczą okolicę, aż w końcu przybyli do domu. Spojrzawszy na zegarek, stwierdzili, że przejazd krótkiego odcinka drogi trwał w niewytłumaczalny sposób o godzinę dłużej niż powinien. Tylko na pierwszy rzut oka wydaje się, że było to spotkanie drugiego stopnia. W rzeczywistości relacja ta zawiera opis pewnego symptomu, który w znamienny sposób wskazuje na szczególny wariant spotkań z UFO: na time-Iapsing, czyli wzięcie do UFO.

Pierwsza relacja z uprowadzenia pochodzi z 1961 roku. Właśnie wtedy, 19 września, podczas nocnej jazdy odludną wiejską drogą w Kanadzie małżeństwo Hillów zostało zatrzymane przez UFO. Małe istoty podobne do ludzi zabrały ich do obiektu i poddały bolesnym chwilami badaniom. Po dwóch godzinach zostali wypuszczeni, ale nie mogli sobie przypomnieć, co działo się przez te dwie godziny. Oboje pamiętali tylko lądujący, promieniście jasny obiekt i fakt, że zginęło im  sto dwadzieścia minut z życia. Dopiero po latach, gdy Barney Hill zaczął cierpieć na wrzody żołądka, które powstały w wyniku doznanych przeżyć, oboje zdecydowali się udać do lekarza. Ten skierował ich do psychiatry doświadczonego w stosowaniu hipnozy. Dopiero tu, podczas regresji hipnotycznych, polegających na powrocie w przeszłość  pod wpływem hipnozy, udało się złamać blokadę mentalną i przywrócić doznane przeżycia świadomości obojga małżonków.

Przypadek Hillów to z pewnością jedno z najbardziej znanych zdarzeń tego typu [8], zrezygnuję więc ze szczegółowego opisu. Ale nie jest to jedyny taki przypadek! Dzięki jego opublikowaniu zgłaszają się, zwłaszcza ostatnio, na całym świecie ludzie, którym kiedyś przydarzyło się coś szczególnego którym “brakuje czasu”, niekiedy wielu godzin, którzy przez całe lata cierpią z tego powodu. I co zastanawiające, przeprowadzane przez specjalistów hipnotyzerów regresje wykazują niemal identyczny przebieg wypadków: uprowadzenie do UFO, badanie na jego pokładzie i późniejsze uwolnienie, połączone z założeniem mentalnej blokady na wspomnienia o zdarzeniu. Jeden z najnowszych takich przypadków opisano w czasopiśmie Esotera z sierpnia 1983 roku. Trzy Angielki: Viv Hayward (27 lat), Valerie Walters (26 lat) i Rosemary Hawkins (27 lat) po poddaniu się hipnozie, przeprowadzanej przez różnych lekarzy oddzielnie dla każdej z nich zgodnie oświadczyły, że zostały porwane do UFO. Kobiety te znajdowały się około 2.30 rano na drodze A5 na zachód od Birmingham, gdy zauważyły nad sobą jakiś obiekt latający, świecący białoczerwonym światłem. Viv Hayward, która prowadziła samochód, nacisnęła pedał gazu, ale silnik zgasł. Od tej chwili kobietom brakuje dwudziestu minut. Dopiero pod wpływem hipnozy przypomniały sobie i zgodnie opisały, że zostały zabrane do obiektu i zbadane przez małe istoty o wzroście około 1,20 m.  Podobną przygodę przeżył 28 czerwca 1980 roku dwudziestojednoletni brazylijski strażnik Antonio Ferreira. Podczas obchodu dużej budowy o trzeciej w nocy zobaczył z odległości około siedemdziesięciu metrów jakiś “dziwny przedmiot”, który powoli osiadał na ziemi. Ferreira podszedł do obiektu i ujrzał dwie małe, mniej więcej metrowe postacie, które wysiadły z pojazdu. Jedna z nich skierowała na niego “skrzynkę”, z. której z której strzelił czerwony płomień i sparaliżował Fereirę. “Istoty te miały na sobie coś w rodzaju obcisłych, błyszczących dresów sportowych, które pokrywały ich ciała razem z głowami. Na dresach umieszczony był mały symbol – krzyż w okręgu. Jakaś niewidoczna siła uniosła Ferreirę i umieściła w pojeździe. Także tu wszystko było spowite czerwonawym światłem, oświetlającym metalicznie lśniące wyposażenie wnętrza. Z pewnością ten mały obiekt był swego rodzaju pojazdem dostawczym, bo po pewnym czasie Ferreirę przeprowadzono do innego, większego obiektu. Czekało tu na niego dziesięć do dwunastu małych istot. Jak wspomina Ferreira, miały wielkie oczy i nieproporcjonalnie duże głowy. Posługiwały się językiem, którego nie rozumiał. W jednym z pomieszczeń, do którego go zaprowadzono, musiał usiąść i poddać się bolesnym badaniom. Dopiero około 5.30,czyli w dwie i pół godziny po pierwszym kontakcie z załogą UFO, pozostawiono go w pobliżu budowy. Na skórze miał ślady po licznych nakłuciach i dziwne, czarne punkty, których pochodzenia nie mogli ustalić badający go lekarze. Inspektor policji, Jose Zanvello, któremu zlecono śledztwo w tej sprawie, odkrył w miejscu wskazanym przez strażnika jako miejsce lądowania kolisty odcisk o wypalonych krawędziach. Okoliczne druty kolczaste wykazywały niezwykły stopień namagnesowania. Inny strażnik widział tej nocy w pobliżu budowy, dokładnie o 2.30, “jakby kulę ognistą”.  Aż do połowy lat siedemdziesiątych znano jedynie takie przypadki utraty ciągłości czasu, w których ludzi (jak małżeństwo Hillów) zatrzymywano gdzieś na odludnej drodze, uprowadzano i wypuszczano. Ale powyższe zdarzenie stanowi zupełnie inny wariant, który jest równie fascynujący, co przerażający. Ludzi zabiera się po prostu z mieszkań, domów i miejsc pracy podczas wykonywania codziennych prac czy podczas snu. Taki właśnie typowy i dokładnie przebadany przypadek opisują Raymund Fowler [16] i Scott D. Rogo [17]. Wszystko zaczęło się 25 stycznia 1967 roku w domu pani Betty Andreasson w amerykańskim stanie Massachusetts, w którym mieszkała wspólnie z dziećmi i teściem (mąż zginął w wypadku samochodowym). Pierwszy zobaczył obcych teść. Byli mali i przypominali mu “księżycowych ludzików” oraz “maski na święto Halloween”. Stali przed domem pod oknem. Gdy wszedł do bawialni, żeby powiedzieć o tym synowej, zarówno on, jak i pozostali, zostali nagle sparaliżowani. Nie mogli się poruszyć. Po przyjściu do siebie stwierdzili utratę pewnego czasu. W ciągu następnych miesięcy Betty Andreasson i jej najstarsza córka zaczęły sobie stopniowo przypominać różne sprawy związane z tym styczniowym wieczorem, W końcu w 1977 roku poddały się hipnozie. Przypomniały sobie wtedy obcych – małe, szaroskóre istoty z dużymi głowami bez włosów. Mimo to emanował z nich “pokój”. Telepatycznie zaczęli oddziaływać na panią Andreasson. Jej pierwszą reakcją było spytanie przybyszów, czy nie mogłaby im zaproponować czegoś do jedzenia. Następnym wspomnieniem było zabranie jej pod eskortą do obiektu latającego, który wylądował w pobliżu domu. Tu poddano ją bardzo dokładnemu badaniu fizycznemu i najwyraźniej także psychicznemu, Podczas badania leżała na płaskim stole, a nad sobą widziała bardzo jaskrawą lampę, wręcz zalewającą ją światłem. W trakcie badania do pępka wprowadzono jej długą, srebrzystą igłę (coś podobnego znane jest z innych przypadków, choćby Betty Hill) i podobny instrument do nosa. Następnie musiała przeżyć jakieś wizjonerskie sceny. W końcu ją wypuszczono, nakazując hipnotycznie, aby o wszystkim zapomniała. Ale na tym spotkania pani Andreasson z UFO wcale się nie skończyły. Kilka lat później znów stała się obiektem zainteresowania obcych, ale o tym opowiemy w następnym rozdziale.  W swojej książce [18] Budd Hopkins przedstawia wiele takich i podobnych przypadków. Interesującym przykładem wydaje się przeżycie Howarda Richa. Pewnego wieczoru latem 1979 roku odwiedził swą matkę w Toms River w stanie New Jersey, a potem około jedenastej wieczór oglądał jeszcze jakiś film w telewizji. Niespodziewanie cały pokój zalała fala niebieskiego światła. Rich odniósł wrażenie, że światło nie płynie zza okien, ale promieniuje gdzieś ze środka pomieszczenia. “Wszystko trwało około trzech do czterech sekund i gdy się zakończyło, miałem porządnego stracha. Coś okropnie mnie przestraszyło”.

Rich przypomina sobie, że poszedł do sypialni, wziął naładowany pistolet i wyszedł przed dom. Nie zauważył nic podejrzanego, postanowił więc pójść spać. Ale dopiero po kilku godzinach uspokoił się na tyle, aby na krótko zasnąć. Nic mu się nie śniło.  Początkowo Rich oceniał czas trwania swego wyjścia na dwór tylko na kilka minut. Ale uporczywe wypytywanie go przez Hopkinsa wykazało, że po powrocie do bawialni w telewizji nadawano już inny film. Było więc możliwe, że upłynęło więcej czasu, niż sądził Rich. Przeprowadzona przez psychologa, panią dr. A. Clamar, regresja hipnotyczna dała zaskakujące wyniki. Pierwszym niezwykłym zjawiskiem zauważonym przez Richa było niebieskie światło, które na kilka sekund rozjaśniło pokój. Zdarzenie to, mimo że było nieszkodliwe, bardzo go przestraszyło: “Myślę, że wyrażenie >>przeczucie pełne obaw<< pasuje tu najlepiej. Może uroiłem to sobie, ale w jakiś sposób wszystko wokół mnie stało się nagle ciemne i bardzo ciche”. Potem wziął pistolet i wyszedł przed drzwi. “Rozejrzałem się, czując na zewnątrz jakieś niebezpieczeństwo. Czułem je całym ciałem, było wszechobecne. Byłem przekonany, że na zewnątrz coś się na mnie czai.”  I wtedy za drzewami pobliskiego lasku ujrzał jasne światło. “Upuszczam pistolet. Wiem, że go po prostu upuszczam. Prawie nie mogę się ruszać i w jakiś sposób czuję, że ktoś tam jest… Patrzą na mnie…”  Rich widzi ciemne postacie idące w jego stronę. W dalszym ciągu nie może się ruszyć. Potem poczuł, że leci w stronę jasnego światła, eskortowany przez ciemne istoty. “Ci ludzie chcą, żebym razem z nimi wszedł do tej ciemnej, okrągłej chmury, z której płynie światło. To nie może być prawda, to tylko sen… To tylko…”  Ale to nie tylko sen. Rich jest wprowadzony do obiektu. Próbuje coś powiedzieć do postaci, ale one nie rozumieją go albo nie chcą rozumieć. Musi położyć się na stole, uczucie strachu i niepewności znika. “Czuję się bardzo dobrze. Teraz wszystko jest w porządku, ci ludzie to przyjaciele.” Rich opisuje, że istoty były raczej małe (około jednego metra wzrostu), o długich ramionach i zimnej skórze.  Także na nim przeprowadza się badania. Po obudzeniu się nazajutrz odkrywa w łóżku wiele małych plamek krwi. Od tej nocy cierpi na trudne do wyjaśnienia bóle żołądka. Bolą go też ramiona i gardło. We wszystkich tych miejscach wprowadzono do jego ciała długie igły lub sondy. Możliwe, że pobrano próbki tkanek.   Relacje z podobnych wydarzeń są ostatnio coraz częstsze. I jeszcze coś uderza w związku z nimi. Wielu z porwanych już we wczesnym dzieciństwie lub w młodości przeżyło spotkanie trzeciego stopnia i wydaje się, że drugie zdarzenie jest czymś w rodzaju “badania kontrolnego”. Dopiero dzięki zastosowaniu regresji hipnotycznej poznano związki przyczynowe między nie wyjaśnionym zdarzeniem z dzieciństwa a późniejszym spotkaniem z UFO.  Hopkins stwierdza [18], że dzieci porywano najczęściej podczas zabaw na dworze. “Opisy zdarzeń kończyły się prawie zawsze tak samo. Dzieci nagle spostrzegały przed sobą kilka dziwnych istot w obcisłych, srebrzystych ubraniach. Po chwili istoty znikały tak samo szybko, jak się pojawiały. W ilu przypadkach wystąpiła przerwa w czasie, z której nikt sobie nie zdawał sprawy? Ale przede wszystkim, do czego dzieci były potrzebne?”

Interesujące pytanie, na które dotąd nie znaleziono zadowalającej odpowiedzi. Z wielu takich przypadków wynika, że pod wpływem hipnozy świadkowie przypominają sobie, jak podczas drugiego kontaktu wydobyto im z nosa lub innej części ciała jakiś przedmiot, coś jakby sondę. Z pewnością umieszczono go tam przed laty. Być może istoty te traktują nas w taki sam sposób, jak my niektóre dzikie zwierzęta, którym zakłada się automatyczne nadajniki w celu kontroli ich zwyczajów. Może tak, może nie…  Ale być może posuniemy się do przodu, gdy pod tym właśnie kątem jeszcze raz zbadamy wydarzenie sprzed siedemdziesięciu lat. Wtedy właśnie trójka małych dzieci nawiązała kontakt z dziwnymi istotami, które zaskoczyły je podczas zabawy. Także wtedy widziano świetliste chmury i jasne światła. Także wtedy ponad siedemdziesiąt tysięcy przerażonych ludzi obserwowało poruszającą się, wirującą tarczę. W 1917 roku wzięto tę tarczę za słońce, które, jak się zdawało, opuściło swoje miejsce na niebie. “Chmurę” wzięto za symbol nieba, a istoty za anioła i Matkę Boską. A dzisiaj?  Dzisiaj dysponujemy relacjami o incydentach, jakie zdarzały się na całym świecie. Niektóre z nich wykazują ogromne podobieństwo do zdarzeń w Fatimie. Uwzględniając ten punkt widzenia, można chyba powiedzieć, że nadszedł czas, aby ponownie zastanowić się nad wydarzeniami z 1917 roku?

3. Porównanie

Każda wysoko rozwinięta technologia niczym nie różni się od magii.

Arthur C, Clarke

Kulty cargo

Gdy w XVI wieku Hiszpanie wylądowali na wybrzeżu Meksyku i bez wysiłku podbili potężne państwo Azteków, pomogła im pewna okoliczność, na którą zapewne prawie nie liczyli: Indianie widzieli w nich bogów czy półbogów, wysłanników Quetzalcoatla, który niegdyś odleciał do swojej gwiezdnej ojczyzny. Konie, na których jeździli, zbroje błyszczące srebrem, nieznane rodzaje broni i ogromne “domy”, na których przybyli zza oceanu – wszystko to było dla tubylców tak obce i przytłaczające, że siłą rzeczy musieli dojść do wniosku, że są to istoty boskie, bogowie lub przynajmniej ich wysłannicy. Mamy tu do czynienia z pewnym, wciąż powtarzającym się w dziejach zjawiskiem (także w naszych czasach!), polegającym na kontakcie kultury rozwiniętej ze stosunkowo nie rozwiniętą. To dziwne zachowanie jako pierwszy zauważył Krzysztof Kolumb. “Witali nas, jakbyśmy przybyli z nieba” – napisał w dzienniku pokładowym po zejściu na ląd na jednej z Wysp Bahama. Sir Francis Drake spotykał się z tym samym w latach 1577-1580, gdy dobijał do zachodnich wybrzeży dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. “Indianie podchodzili tylko w dużych gromadach, uzbrojeni w strzały i łuki. Nie byli jednak nastawieni wojowniczo, ich zachwyt budziły raczej liczne nowe i nieznane przedmioty i nie myśleli o walce, ale czcili nas jak istoty nieziemskie…Próbowaliśmy im wytłumaczyć, że nie jesteśmy bogami, ale zwykłymi śmiertelnikami, którzy muszą jeść i pić, aby przeżyć. Nie udało nam się wszakże odwieść ich od tych przesądów…” [19].

Kapitan James Cook został na Tahiti uznany za powracającego boga Rongo, który kiedyś opuścił wyspę na “statku z chmur”. Odkrywca Walter Raleigh spotkał się z w Wirginii triumfalnym przyjęciem. Cabral, portugalski zdobywca Brazylii, został przyjęty podobnie. Francuski kapitan Jean Ribault kazał w 1565 roku ustawić na Florydzie kolumnę z herbem państwa. Po niewielu latach kolumna ta stała się centralnym obiektem kultu tubylców. Ozdobili ją girlandami i składali pod nią ofiary.   Ale podobne wydarzenia mają miejsce także dziś. W latach dwudziestych naszego stulecia przyrodnik Frank Hurley stwierdzil ze zdumieniem, że mieszkańcy Nowej Gwinei oddają cześć boską nie tylko jemu, ale także jego wodnopłatowi. Co wieczór na dziobie jego maszyny składali w ofierze świnię. Gdy inni biali w 1943 roku po raz pierwszy dostali się w góry Nowej Gwinei, zauważyli ze zdumieniem, że tamtejsi tubylcy mieli długie “anteny” z kijów bambusowych, “druty” z włókien roślinnych, “izolatory” z liści bambusa i “mikrofony” z drewna. Później okazało się, że ich zwiadowcy obserwowali amerykańskich żołnierzy z pewnej odległej bazy sił powietrznych i w ten sposób chcieli wywołać “niebiańskie ptaki”, aby im też przyniosły prezenty. Tubylcy urządzili prawdziwe widmowe lądowisko, na którym ich starszyzna z utęsknieniem czekała co wieczór na przybycie “białych bogów”.  Najbardziej kuriozalny przypadek takiego osobliwego zachowania wydarzył się na małej wyspie Tanna na południowym Pacyfiku. Do dziś otacza się tam czcią boga zwanego John Frum. Wyspiarze noszą tatuaże z literami USA i uważają Amerykę za ziemię obiecaną, skąd John Frum kiedyś powróci i obficie ich wynagrodzi.  Już wiadomo, że John Frum był zapewne amerykańskim żołnierzem, który prawdopodobnie przez krótki czas przebywał na wyspie w latach dwudziestych. Opowiadał wyspiarzom o swojej ojczyźnie, o zwyczajach i zdobyczach cywilizacji, co wieczór pokazywał im proste triki techniczne. Leczył najprostszymi metodami, ale dla tubylców graniczyło to z cudem. Potem wrócił do domu. Na wyspie zaś w kilka dziesięcioleci awansował na boga całej wyspiarskiej kultury. Jak relikwie przechowuje się kilka monet, dwa banknoty, hełm i fotografię Johna Fruma. Ówczesny wódz plemienia, któremu później John Frum ukazał się we śnie, jest obecnie czczony jako wielki prorok. W małym kościółku w głównej wsi obok obrazu Jezusa znajduje się też fotografia amerykańskich astronautów na Księżycu, którym oczywiście składa się kwiaty w ofierze. Przedstawiciele plemienia siedzą wciąż na plaży, czekając na powrót Johna Fruma, który pewnego dnia przybędzie z Ameryki przez morze i poprowadzi ich do raju.

Ulrich Dopatka [20] i Erich von Daniken [21] opisali szereg tak zwanych kultów cargo. Słowo cargo pochodzi z angielskiego i znaczy tyle, co towar. Określa się nim religijne formy zachowania ludzi prymitywnych, którzy przedmioty cywilizacji technicznej otaczają boskim kultem.  W 1926 roku miało miejsce w Nowej Gwinei symptomatyczne zdarzenie. Wiele lat później tak wspominał je jeden z tubylców: “Byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec zabrał mnie na polowanie i wtedy zobaczyliśmy pierwszego białego człowieka. Śmiertelnie się przestraszyłem i zacząłem płakać. Skąd się tu wziął? Z nieba czy z rzeki? Byliśmy zupełnie zdezorientowani”. Inny tubylec powiedział: “W naszej wsi rozniosła się wieść, że przyszły do nas błyskawice. Uważaliśmy tych białych za błyskawice z nieba. Niektórzy mówili, że to nasi przodkowie, którzy powrócili z krainy zmarłych”. Gdy trochę później w tej samej okolicy wylądował pierwszy samolot, zapanował zupełny chaos. Pewna stara kobieta opowiadała, jak podczas lądowania “wielkiego ptaka” wszyscy rzucili się na ziemię i ukryli twarze. Następnie uciekli i pochowali się. Niektórzy obejmowali się, krzycząc ze strachu. “Wpadliśmy w panikę, bo nie wiedzieliśmy, co się dzieje”.  Z czasem tubylcy przestali się tak bać, ale mieli dziwny szacunek do białych i ich urządzeń technicznych. Badaczom niepostrzeżenie udało się przemycić do tubylczych chat magnetofony i nagrać rozmowy. W ten sposób dowiedziano się, że wyspiarze oddawali wielką cześć “potężnemu ptakowi”. który przyniósł im liczne prezenty.  Urządzeniom technicznym nadaje się w takim przypadku nazwy przejęte z własnego prymitywnego języka. Są to porównania do rzeczy znanych. Pierwszy samolot, który wylądował na Papui, został nazwany “diabłem, który zleciał na dół”. Parowóz stał się dla Indian “ognistym rumakiem”, a druty telegrafu “śpiewającymi drutami”. Do dziś Apacze określają części samochodowe pojęciami z anatomii człowieka: “oczy” to reflektory, “jelita” to silnik i tak dalej. Obcy przybysze szybko zostają bogami: mieszkańcy Wysp Banksa wzięli białych za “boga Quata i jego braci, którzy wyszli z łodzi”, a na Nowej Gwinei biali stali się bogiem Manseren Koreri itd.  Podobne przykłady moglibyśmy w zasadzie mnożyć bez końca. Pokazują one typowe zachowania człowieka, spotykającego się z całkowicie dominującą, niezrozumiałą kulturą i technologią. Najtrafniej scharakteryzował je Arthur C. Clarke: “Każda wysoko rozwinięta technologia niczym nie różni się od magii”. Wszystkie zdobycze naszych czasów byłyby dla ludzi z minionych stuleci “cudami”, sprawami “nadprzyrodzonymi” i magią. Najzwyklejsza żarówka. Najprostsza lodówka, radio i telewizor, nie mówiąc o fotokomórce otwierającej drzwi, o różnych pojazdach, samolotach itd. – wszystko to musiałoby· sprawiać magiczne, całkowicie niepojęte i niewyobrażalne wrażenie, szczególnie wtedy, gdy kontakt trwał stosunkowo krótko, a ludzie ci nie mieli możliwości żadnego zrozumienia tego, co zobaczyli. Ale nie powinniśmy mieć z tego powodu uczucia wyższości. Tak samo, jak ludzie XII wieku nie rozumieliby· naszych zdobyczy techniki, tak i my nie bylibyśmy w stanie pojąć technologii XXV lub XXX wieku. Oczywiście zakładając ciągły rozwój w tej dziedzinie. Także dla nas istniejący wtedy stan rzeczy· musiałby· się wydać niewytłumaczalny, magiczny, a może nawet w jakimś stopniu “boski”. Ale oddawanie się “teoretyzowaniu” nie jest konieczne. Ludzie współcześni, gdy zostaną skonfrontowani ze znacznie wyprzedzającą ich technologią, istotnie reagują w taki właśnie sposób. Choć może się to wydawać dziwne, ale spotkania z UFO, przynajmniej w pierwszej fazie tego niespodziewanego, przytłaczającego zdarzenia, są przez wielu obserwatorów interpretowane religijnie. Przykładem takiego zachowania jest następujący przypadek. 29 grudnia 1980 roku pięćdziesięciosiedmioletnia Vicky Landrum, jej wnuk Colby i przyjaciółka Betty Cash jechali wieczorem samotną drogą w pobliżu Dayton w stanie Teksas. Nagle zauważyli nad sobą jaskrawo świecący obiekt, który unosił się na wysokości około 30 metrów, początkowo nad wierzchołkami drzew, a następnie przed nimi nad jezdnią. W trakcie regresji hipnotycznej nie dowiedziano się o niczym, co świadczyłoby o spotkaniu trzeciego stopnia, ale Vicky Landrum opisała obiekt tak samo, jak jej wnuk i przyjaciółka: miał kształt diamentu. “Jest większy od wieży ciśnień. Wydaje z siebie jakieś gwizdy, przeciągłe pip… pip… pip”. Od obiektu bucha gorąco. Betty Cash wyskoczyła z samochodu krzycząc: “Spalimy· się, moje oczy, moje oczy, spali mi oczy!” Vicky Landrum udało się wciągnąć ją z powrotem. Potem obiekt zniknął. Po godzinie u całej trójki wystąpiły objawy typowe dla oparzeń i skażeń radioaktywnych: pęcherze na ciele, biegunka, utrata całych kosmyków włosów, guzy na skórze, obrzęk twarzy.  Dla nas interesująca jest pierwsza reakcja Vicky Landrum, którą opisał Warren Stacy. , Pierwszą reakcją tej głęboko religijnej kobiety było przekonanie, że była świadkiem powrotu Jezusa Chrystusa. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć tę ziejącą płomieniami wizję, która rozegrała się przed jej oczami? >>Nie bój się – powtarzała wciąż do wnuka. – To Jezus przyszedł do nas z nieba… nic nam nie zrobi<<” [22).  Oto właśnie takie zjawisko. Pomylenie przytłaczającej technologii z wyobrażeniami natury religijnej. Dopiero gdy· okaże się, że nie jest to wcale mistyczne objawienie Boga, zdarzenie to traktuje się jako coś rzeczywistego. Przypisuje się je wtedy jakiejś odmiennej, ale także niezrozumiałej technice. Jest to jeden z przypadków natychmiastowej interpretacji religijnej przeżyć związanych z UFO. Innym wariantem jest mistyfikacja późniejsza. Przykładem może tu być przypadek Betty Andreasson (por. rozdział 2, Spotkania z UFO), która jest dziś zdania, że ci, którzy ją uprowadzili, byli wysłańcami Boga. Podobnie zachowuje się Mona Stafford, która razem ze swymi przyjaciółkami Luise Smith i Elaine Thomas została uprowadzona do UFO 6 stycznia 1976 roku. Na drodze między Stanford a Liberty w stanie Kentucky zobaczyły one nad sobą gigantyczny pojazd wielkości boiska piłkarskiego, zakończony białym wierzchołkiem w kształcie kopuły. Poniżej ujrzały rząd różnokolorowych świateł. Nagle straciły kontrolę nad samochodem, który jechał dalej jakby sam z prędkością 150 km na godzinę. W pewnej chwili oczy zaczęły im łzawić, a głowy przeszył nieznośny, kłujący ból. Potem w pamięci brak im półtorej godziny. Podczas regresji hipnotycznej ustalono, że w tym czasie zostały wzięte na pokład obiektu. „Obcy mieli 1,20-1,35 m wzrostu. Na głowie nosili coś podobnego do kapturów. Ciała mieli okryte”. Tak pod hipnozą opisała ich Luise Smith. I w innych szczegółach istoty te przypominały postaci spotykane przez większość osób, stykających się z UFO: „Widać było tylko ich straszne, bardzo ciemne oczy i ręce podobne do rozpostartego skrzydła ptaka. Były szare. Jeszcze dziś widzę przed sobą te oczy – były takie duże i pomagały”.  Także w tym przypadku przeprowadzono znane nam już, częściowo bardzo bolesne badania. Kobiety położono na stole, oblano ciepłym, śliskim płynem, pod którego wpływem odniosły wrażenie, że się duszą. Gdy zastygł, brutalnie ściągnięto go jak plaster. Badanym wykręcano ręce i nogi, z pewnością w celu sprawdzenia wytrzymałości ludzkich członków na obciążenie. Każdej z nich wbito coś w kark i rzeczywiście wszystkie trzy miały w tym miejscu małą ranę.  Dzisiaj Mona Stafford jest przekonana, że w rzeczywistości miała do czynienia z istotami niebiańskimi, z aniołami. Wobec opisanych powyżej tortur taka opinia jest dla mnie wręcz absurdalna. W kilka tygodni później Mona Stafford przeżyła drugie spotkanie, które ma związek z pierwszym i które przebiegło zupełnie inaczej. Leżała w domu na tapczanie słuchając radia, gdy usłyszała głos dochodzący jakby z niej samej i rozkazujący jej się obrócić. Zobaczyła stojącego za nią jednego z obcych. Był spowity promienistym blaskiem. Tym razem miał rudozłote włosy i brodę. Istota nakazała jej spojrzeć sobie w oczy.

Mona Stafford: „Do dziś bardzo dobrze pamiętam, jak próbowałam podejść do telefonu ale jakaś siła nie dawała mi tego zrobić. Nie sądzę, żebym się bała przybysza. Już nie wiem, czy w ogóle wtedy myślałam”. Istota nie spuszczała z niej oczu i zanim zniknęła, powiedziała: „Buree, duch jest jeszcze głodny”.  Co ciekawe istota miała na sobie coś w rodzaju błyszczącej peleryny i wyglądała „jak z czasów biblijnych”. Właśnie dlatego Mona Stattford doszła do wniosku, że ma przed sobą anioła: „Miał lśniące ubranie przypominające togę. Wyglądało, jakby świeciło na nim słońce. Ubranie było z materiału lśniącego bardziej niż wszystkie materiały, jakie znamy. Jego włosy, a także wszystko na nim, płonęło” [25).  Gdybyśmy założyli, że chodziło tu rzeczywiście o wysłańców Boga, aniołów lub inne niebiańskie postacie, to trudno pojąć, dlaczego mieliby oni na zlecenie wszechwiedzącego przecież Boga przeprowadzać na swoich ofiarach tak bolesne badania, dlaczego mieliby latać przez atmosferę ku Ziemi w pojazdach jakiejś cywilizacji zdecydowanie ma- terialnej i dysponującej wysoko rozwiniętą techniką i dlaczego mieliby przekazywać swoim przerażonym partnerom tak niezrozumiałe zdania, jak „Buree, duch jest jeszcze głodny”.  Nie, z pewnością chodzi tu o coś zupełnie innego. Istotne wydają się tu dwie sprawy. Pierwsza to fakt, że nawet w naszym stechnicyzowanym świecie kontakty z UFO mogą być przez ludzi głęboko wierzących interpretowane religijnie. Druga to wniosek nasuwający się na podstawie opisanego przypadku, że załogi UFO, szczególnie przy spotkaniach trzeciego stopnia, chcą całkiem świadomie przekonać uprowadzonych przez siebie ludzi o religijnym charakterze zdarzenia. Trudno powiedzieć, dlaczego tak jest. Może jest to próba pomocy porwanym w zrozumieniu tego, co byłoby dla nich trudne do zrozumienia. Możliwe jest jednak również, że pod religijną maską celowo ukrywane są prawdziwe zamiary i właściwe pochodzenie przybyszów.  Ale ten obraz nie powinien nas skierować na fałszywy trop. Religijna interpretacja przeżyć jest z pewnością wyjątkiem. Mimo wszystko uważam za istotne ukazanie tego ważnego aspektu, bo mógł odegrać decydującą rolę w innym przypadku: w Fatimie w 1917 roku.

JOHANES  FIEBAG

Advertisements

From → Artykuły

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: