Skip to content

Indolencja polskich władz czy profesjonalizm niemieckiej agentury?

14 grudnia 2009

Igor Witkowski
Dziennikarz
Autor: Janusz Zagórski


Hitlerowska wunderwaffe („cudowna broń”), to nie, osławione pod koniec wojny pociski V-1 i V-2, to ciągle supertajne technologie nowej generacji oparte na prawach fizyki do dzisiaj niezrozumiałych dla akademickiej nauki. O tych niezwykłych tajemnicach rozmawiamy z autorem pierwszych w Polsce książkowych publikacji na ten temat.

Igor Witkowski, rocznik 63, dziennikarz i podróżnik. Od lat zajmuje się zagadkami przeszłości i najnowszymi technologiami wojskowymi. W 1992 roku redaktor naczelny miesięcznika „Technika Wojskowa”. Autor książek: „Wizyty z nieba?”, „UFO – przełom”, „Supertajne bronie Hitlera” (cz.1,2), autor pierwszych polskich filmów wideo o tematyce paleoastronautycznej pt. „Tajemnice Ameryki Południowej” i „Ameryka Południowa – korzenie tajemnic”.

Historia niemieckiego faszyzmu nadal pełna jest niewyjaśnionych zagadek. W oficjalnej historii wręcz pomija się znaczenie różnego typu mistycznych grup i stowarzyszeń takich jak „Tule”, „Vril” czy „Czarne słońce”. Jaka jest Pana ocena tych mało znanych kart historii?

Najnowsze badania w tym względzie rzucają zupełnie nowe światło na znaczenie wielu organizacji działających w Trzeciej Rzeszy, których znaczenia w pełni nie rozumiano ze względu na to, że sprawy te objęte były ścisłą tajemnicą. Dochodzi do tego fakt, że niektóre niemieckie projekty tak daleko wybiegały w przyszłość, że współcześni nadal mają kłopoty ze zrozumieniem ich sensu. Wiemy, że wiele organizacji o charakterze mistycznym działających w ramach SS pełniło kluczową rolę w badaniach naukowych i projektach wojskowych. Istniała na przykład organizacja wykorzystująca więźniów do pseudo medycznymi eksperymentów i zajmująca się m.in. pierwszymi w świecie badaniami zmierzającymi do przygotowania człowieka do lotu w kosmos. Jeszcze przed powstaniem Trzeciej Rzeszy taki organizacje mistyczne jak „TULE” i „VRIL zaangażowane były w zbieranie informacji na temat obiektów latających o całkiem rewolucyjnych możliwościach i parametrach technicznych.

W czasie drugiej wojny światowej wielu pilotów alianckich obserwowało dziwne świetliste kule zwane ” foo fighters”. Co to było?

Nie wiemy co kryło się za tym zjawiskiem. Niemniej posiadamy informacje, że Niemcy pracowali w czasie wojny nad skonstruowaniem obiektów wykazujących bardzo podobne cechy. Przypomnijmy, że te świecące kule, wielkości piłek, manewrowały w powietrzu w bardzo ruchliwy i niekonwencjonalny sposób. Niektórzy sądzą, że były to obiekty pozaziemskie. Wedle najnowszych informacji można uznać za prawdopodobne, że były to wytwory niemieckiej techniki. Sam fakt, że przede wszystkim widziano je wokół formacji alianckich bombowców daje sporo do myślenia. Niewykluczone, że służyły one do zakłócania aparatury pokładowej.

Istnieją, nie budzące wątpliwości, konkretne przykłady niemieckich wynalazków wyprzedzających zachodnią technikę o wiele lat.

Jest ich bardzo wiele. Wystarczy wspomnieć na przykład, że rakieta V-2 miała na swoim pokładzie pierwszy w świecie cyfrowy przelicznik balistyczny, pierwowzór pierwszego współczesnego komputera. W Lubaniu na Dolnym Śląsku Niemcy prowadzili prace nad czymś co nazywano metalowymi lampami, pierwowzór dzisiejszych tranzystorów. Warto przypomnieć, że jedna z wersji pocisku rakietowego klasy powietrze-ziemia miała być wyposażona w kamerę telewizyjną o rozdzielczości 300 linii i ważyła zaledwie dwa i pół kilo. To znaczy, że Niemcy w wielu dziedzinach bardzo posunęli się naprzód, nieraz o kilkadziesiąt lat. Wiele tych spraw ciągle objęte jest tajemnicą.

W pana książce pt. „Supertajne bronie Hitlera” (cz.2) można wyczytać między wierszami, że nasze służby specjalne ujawniły dokumenty nt. jednego z najdziwniejszych, tajnych projektów hitlerowskich o kryptonimie „Chronos” ?

O projekcie „Chronos” realizowanym zresztą na terenie Dolnego Śląska wiemy dzisiaj dzięki dokumentacji z działań wywiadowczym jakie prowadziła Polska i Związek Radziecki po zakończeniu wojny. Informacje te pochodzą od oficerów polskiej misji wojskowej w Berlinie a konkretnie od pułkownika Władysława Szymańskiego, który prowadził przesłuchania Niemców oraz generała Jakuba Brawina, który tą misją kierował. Ludzie ci zginęli w tajemniczych okolicznościach. Informacje o ich pracy zostały jednak zachowane. Zasadniczym elementem tego projektu było urządzenie o nazwie „Glocke” („Dzwon”). Nazwa ta pochodziła od jego wyglądu przypominającego 2-metrowej wysokości dzwon. Najbardziej zagadkowe jest jednak to, że to co znajdowało się w jego środku kojarzy się ze współczesnymi opisami napędów UFO. Urządzenie to emitowało promieniowanie, które miało na przykład negatywny wpływ na ludzki organizm. W odległości kilkudziesięciu metrów od niego strzelały żarówki. Obiekt emitował wyraźnie niebieską poświatę. Analizując tą dokumentacje można odnieść wrażenie, że oglądamy sekwencję z filmu Spielberga „Poszukiwacze zaginionej arki”.

Czy został Pan poproszony przez służby specjalne o ekspertyzę tej dokumentacji?

Poroszono mnie o to na drodze prywatnej.

Czy „dzwon” był rodzajem napędu grawitacyjnego?

Nasuwa się tu przypuszczenie, że urządzenie to mogło wykorzystywać jakieś efekty grawitacyjne. Coś takiego jak antygrawitacja jest możliwe. Wskazują na to najnowsze prace publikowane w niektórych czasopismach naukowych. Zasadniczą częścią „Glocke” był wirnik składający się dwóch masywnych, przeciwnie wirujących z olbrzymią prędkością dysków. Były one wypełnione rtęcią. Otóż rotujące w przeciwstawnych kierunkach dyski (masy) powodują pojawienie się wtórnego pola grawitacyjnego. Jego siła jest funkcją między innymi gęstości materiału z jakiego je zbudowano. Rtęć, która wypełniała te dyski prawdopodobnie wzmacniała generowane pole grawitacyjne. Oczywiście szkodliwe promieniowanie jest tutaj skutkiem ubocznym. Brytyjskie służby specjalne ujawniły niedawno raport przygotowany w lecie 1946 roku, który wskazuje, że Niemcy eksperymentowali z wirowaniem rtęci jako źródłem napędu nowych obiektów latających..

Poruszamy problem sztucznej grawitacji?

Istnieją współcześnie badania naukowe i publikacje, które podejmują problem

wytworzenia, niezależnie od przyciągania ziemskiego i dużych mas, sztucznego pola grawitacyjnego. Podawane są nawet określone wskazówki jak tego dokonać. Mam podstawy, by przypuszczać, że gros tych badań prowadzonych jest w tajemnicy, w związku z tym nie wiemy dokładnie jakie są ich efekty. Prace te, w niektórych placówkach, prowadzone są od kilkudziesięciu lat. Prawdopodobnie,

osiągnięto tam znaczące rezultaty, ale my prawie nic o tym nie wiemy. Należy natomiast dodać, że we współczesnej ufologii istnieje powszechnie przeświadczenie, że napęd pozaziemskich pojazdów (UFO) związany jest ze właśnie ze zjawiskiem grawitacji.

Najbardziej spektakularne osiągnięcia technologiczne Trzeciej Rzeszy też szły w tym kierunku?

Informacje ze źródeł niemieckich mówią, że obiekty o nazwie „Vril” i „Haunebu” miały zupełnie rewolucyjne osiągi w porównaniu do ówczesnych parametrów samolotów bojowych o napędzie konwencjonalnym. Potrafiły przekraczać wielokrotność prędkości dźwięku. Mogły wylatywać poza atmosferę ziemską. Na pozór brzmi to jak fantazja. Pojazd „Haunebu-2” miał średnicę ok. 30 metrów. Jego napęd działał właśnie w oparciu o zasadę przeciwbieżnie wirujących dysków. Bardzo możliwe, że opisywany powyżej „dzwon” był zasadniczym elementem tego napędu. Ten statek powietrzny posiadał jeden duży i trzy mniejsze generatory elektrograwitacyjne. Rozwijał prędkość 6000 km/h. Jego zachowanie przypominało manewry współczesnych pojazdów UFO. Sprawa ta jest trudna do zaakceptowania, gdyż nauka akademicka nie dysponowała spójną teorią wyjaśniającą mechanizm działania tego napędu.

Co się stało z tymi pojazdami latających typu „Vril” i „Haunebu”?

Niewiele możemy na ten temat powiedzieć. Dostępne ślady wskazują na Amerykę Południową. Coraz więcej faktów przemawia za tym, że przynajmniej część tego niezwykłego arsenału ewakuowano do Argentyny. Między innymi ze względu na to, że tam lokowano najbardziej zaawansowane projekty badawcze, jak na przykład prace nad super nowoczesnymi myśliwcami odrzutowymi produkowanymi w zakładach Wulfa. Cała ich dokumentacja i personel techniczny zostały tuż przed zakończeniem wojny przeniesione do Argentyny. To samo dotyczy twórców „latającego skrzydła” produkowanych w zakładach braci Horten, czy konstrukcji rakietowych i bomb kierowanych. Ślad argentyński sprawdzałem osobiście, na miejscu. Do wybrzeży Patagonii w 1945 roku dotarły na przykład trzy okręty podwodne, przewożąc m.in. dokumentacje dotyczące technologii jądrowej. Niestety śladów przetransportowania obiektów o napędzie grawitacyjnym nie spotkałem.

Według G. Burde, niemieckiego dziennikarza i filmowca, najważniejsze informacje techniczne o napędzie antygrawitacyjnym mogły pochodzić od mediów paranormalnych kontaktujących się z cywilizacją pozaziemską z układu Aldebarana.

Nie analizowałem tej hipotezy i nie miałem dostępu do żadnych dokumentów pozwalających ją zweryfikować. Natomiast w trzeciej części swojej książki „Supertajne Bronie Hitlera” podejmuje temat obiektów latających zwanych Vimana opisywanych w starych pismach hinduskich. W księgach tych znajdują się informacje o napędzie antygrawitacyjnym, które niemalże w stu procentach odpowiadają współczesnym rozważaniom teoretycznym na ten temat. Niemcy nie przypadkowo interesowali się starożytnością. Podejmowano wyprawy do Tybetu i Indii w poszukiwaniu pradawnej wiedzy. A skąd taka wiedza o technologiach istniała w tamtych czasach? To kolejna zagadka.

Czy na terenie dzisiejszej Polski budowano „latające talerze”?

Wiemy, że część omawianych eksperymentów prowadzono na trenie dzisiejszej Polski. Były tu laboratoria Siemensa, Boscha. W 1944 roku prace te zostały skomasowane w Książu, ale nie w kompleksie znajdującym się bezpośrednio pod zamkiem Książ, ale w starym zamku, w kompleksie „Riese” („Olbrzym”) zniszczonym później całkowicie przez armię sowiecką. Pod koniec 1944 roku prace te zostały najprawdopodobniej przeniesione do Ludwikowic Kłodzkich. Znajdują się tam resztki zabudowy, której przeznaczenie odpowiada warunkom pionowego startu i lądowania. Dodam jeszcze, że badacz historii Książa – Tadeusz Słowikowski z Wałbrzycha zapoznał mnie z pisemnymi relacjami dwóch świadków opisującymi loty w pobliżu zamku Książ obiektu charakteryzującego się „kulistą szklaną kabiną z poruszającym się wokół niej poziomym pierścieniem”. Załączone rysunki ukazywały obiekt o kształcie zbliżonym do dysku.

Dlaczego polskie władze od prawie 50 lat nie są w stanie spenetrować tych podziemnych kompleksów? Indolencja naszych władz czy profesjonalizm niemieckiej agentury?

Podejmowano wielokrotnie próby dotarcia do tych obiektów pomijając oczywiście Książ, który dokładnie został spenetrowany przez Armię Radziecką. W 1947 roku powołano specjalne przedsiębiorstwo, które miało zająć się dotarciem do podziemnego obiektu przemysłowego w Głuszycy powiązanego z tymi sprawami. Nie udało im się tam dotrzeć. Nie wiem dlaczego. Wejścia te zostały później zasypane. Podejmowano wielokrotnie próby dotarcia do kopalni w Ludwikowicach Kłodzkich. Były to trudne i kosztowne prace. Nie udało. Niemcy miejsca te zabezpieczyli w niezwykle profesjonalny sposób. Ich służby specjalne już po wojnie interesowały się na przykład projektem „Chronos”. W latach 60-tych Urząd Bezpieczeństwa Bundeswery a konkretnie generał Gerhard Hessel zajmował się dalszym pilnowaniem losów tego projektu. Nie wiemy dokładnie na czym to polegało. Niemcy prawdopodobnie interesują się tym wszystkim do dziś.

Diękujemy bardzo za rozmowę.

Przygotował: Janusz Zagórski

Reklamy

From → Artykuły

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: