Skip to content

UFO nad Gettem Warszawskim w 1943

13 grudnia 2009

Z Archiwum Kazimierza Bzowskiego

Była to wiosna, 9 kwietnia 1943 roku. Dzielnicę żydowską w Warszawie otaczać zaczynały samochody pełne uzbrojonych esesmanów oraz inne obcokrajowe formacje, o których obecnie przeważnie zapomina się opisując tamte dni. Dlaczego nie spotkałem w żadnym z opracowań o ostatnich dniach getta wzmianki o sąsiadach z za północnej dawnej polskiej granicy? Może dlatego by nie pogarszać stosunków z Litwą? Byli to bowiem znani z okrucieństw litewscy „szaulisi”(strzelcy) tym groźniejsi, że większość z nich mówiła dobrze po polsku. Ich mundury koloru zgniłej zieleni wyróżniały się czarnymi mankietami rękawów płaszczy i czarnymi kołnierzami. Pamiętam z tamtego nieludzkiego czasu, że tych s…synów trzeba było się bardziej pilnować niż rodowitych Niemców, którym wysługiwali się na każdym kroku. Polaków nienawidzili chyba jeszcze bardziej niż Żydów, których mieli pilnować. Mam – po tylu latach – przed oczami każdy szczegół ich umundurowania i uzbrojenia….pamiętam również polskich policjantów w ich granatowych mundurach, do których jednak Niemcy nie mieli zaufania domyślając się, że wielu z nich nie tylko lituje się nad skazanymi na śmierć Żydami zamkniętymi w getcie ale i w każdej formie stara się im pomagać.Dlatego też zatrudniano ich wyłącznie przy bramach wiodących do tej dzielnicy zawsze dodając im jako nadzorcę jakiegoś z „Schupo”(Schutz-Polizei, policji ochronnej), niemieckiego policjanta i zdarzało się, że starszy przodownik (starszy sierżant) Polak był nadzorowany przez szeregowca, ale Niemca… Zbliża się godzina wczesnego poranku. Obserwujemy z zewnątrz, z dzielnic „aryjskich”, czyli po prostu z terenu Warszawy pobliże bram getta. Wewnątrz otoczonej dzielnicy ani żywej duszy. Mieszkańcy getta zdawali sobie sprawę, że nadchodzi to najgorsze. Wielu z nich wiedziało zresztą o tym, że nadejdzie to właśnie tego dnia i byli w pogotowiu. Członkowie żydowskiej organizacji bojowej mimo nielicznego i słabego uzbrojenia gotowi byli umrzeć, w walce, z bronią w ręku. Nie dać się zarzynać jak bezbronne barany. Czemu piszę o tym? Nie byłem przecież obrońcą getta, obserwowałem to wszystko z terenu Warszawy, z jej „aryjskiej” strony. Rzecz w tym, że wówczas jako osiemnastoletni młodzieniec, posiadający wrodzoną ,wręcz fotograficzną pamięć wzrokową ,wykonywałem zadania „zwiadowcy” w ramach AK co było szczególnie istotne przy rozpoznawaniu różnych rodzajów formacji wojskowych i policyjnych z większych odległości. Przeszedłem w tym kierunku specjalne przeszkolenie i to był jeden z kolejnych sprawdzianów moich umiejętności. Wraz z moim dowódcą, starszym wiekiem i stopniem kolegą penetrowaliśmy od rana, od momentu rozpoczęcia holocaustu, pobliże zewnętrznych murów otaczających getto, zapamiętując i nanosząc na plany dokładne miejsca ustawienia cięższej broni, zaznaczając ich kaliber, donośność, pole ostrzału itp. dane, przydatne przy jakimś ewentualnym ataku z zewnątrz – a jak się domyślaliśmy dane te mogły zostawać przekazywane i do wnętrza getta, do wiadomości jego obrońców.Towarzyszył mi kolega „Bruno”, sierżant podchorąży ps. „Wąż”, tym cenniejszy przy tego rodzaju zadaniach, że mówił po niemiecku jak rodowity berlińczyk. Po południu owego dnia musieliśmy się już oddalić z najbliższej okolicy murów otaczających getto od północy. Każdy ktokolwiek się tam pojawiał a nie był umundurowany był ostrzeliwany właśnie przez tych szaulisów, których Niemcy wysyłali na tereny narażone na ogień obrońców getta. Dzielnica płonęła, słyszeliśmy nieludzkie krzyki ludzi palonych żywcem, mury starych kamienic północnej dzielnicy zbliżonej do torów w pobliżu Dworca Gdańskiego i obecnych terenów Instytutów Chemicznych, w których wówczas mieściły się magazyny SS ,otoczone były kłębami dymu. Domy podpalane były ogniem miotaczy płomieni ,ostrzeliwane z kilku samochodów pancernych i granatników, które widzieliśmy stojąc teraz na szczycie wiaduktu nad torami Dworca Gdańskiego, po którym normalnie kursowały tramwaje łączące Warszawę z jej północną dzielnicą , Żoliborzem. Jednak w tramwajach tego pierwszego dnia walk w getcie było bardzo niewielu pasażerów. Razem z nami i koło nas stały grupki cywilnych Niemców i paru umundurowanych niemieckich kolejarzy robiących ze śmiechem zdjęcia w stronę walczącej dzielnicy i zabawiających się niewybrednymi, chamskimi żartami z jej obrońców. Tu przydała się znajomość języka niemieckiego mojego dowódcy. Dołączył się do tego chóru i bezczelnie pożyczył od któregoś z umundurowanych Niemców trzymaną przez niego wojskową lornetkę Zeissa. Teraz obaj popatrywaliśmy w tamtą stronę, z odległości około kilometra precyzyjnie namierzając lornetką z wewnętrzną podziałką dziesiętną parametry dział samobieżnych, które nadjeżdżały ku kościołowi św. Jana Bożego przy wylocie ulicy Bonifraterskiej , stanowiącej północno-wschodnią granicę getta Było około godziny piątej po południu i kilkanaście minut po wypożyczeniu lornetki, gdy nad mury i domy płonącej dzielnicy od strony zachodniej, od cmentarza powązkowskiego zaczęło nadlatywać coś dziwnego. Była to kula o ostrych konturach, wewnątrz której widać było wyraźnie mieszające się ze sobą i przeplatające się palczasto-zaokrąglone pasy dwóch ostro widocznych barw : malinowej i ciemno-zielono-niebieskiej, tak zwanej „pawiej”.Kula poruszała się ruchem falistym, podwyższając lekko i obniżając swój lot. Mając już wyrobione , rutynowe nawyki obserwacyjne określiliśmy obaj jej prędkość na porównywalną z niemieckim samolotem zwiadowczym typu Fieseler Storch, to jest około 80 do 100 km w powolnym locie nisko nad ziemią. Przez lornetkę widać było pojedyńcze okna górnych pięter płonących domów. Kula miała średnicę „czterech okien w starym budownictwie”, zaś wysokość lotu kuli nad domami określiliśmy jako „trzy kamienice nad kamienicą”. Przeciętna wysokość tych starych domów to cztery piętra plus parter, daje to około dwudziestu metrów, a zatem kula była nie wyżej niż sześdziesiąt metrów nad domami i miała około ośmiu metrów średnicy. Tu przydała się podziałka kątowa w wypożyczonej niemieckiej lornetce ; biorąc pod uwagę te parametry lotu , nieco później obliczyliśmy, iż „obiekt ” był od nas oddalony w poziomie o około tysiąc sześćset metrów.Niemcy i szaulisi strzelający ku oknom budynków , w których czasami się ktoś pojawiał, przeważnie nie żaden obrońca a tylko ktoś usiłujący się ratować z ognia, prawie jednocześnie na chwilę przerwali ogień – gdy kula wynurzyła się zza ściany dymów i nadleciała nad ich stanowiska u wylotu ulicy Bonifraterskiej, w pobliże dolnej południowej części wiaduktu nad torami kolejowymi., nad miejsce dobrze widziane zarówno przez nas jak i przez tych przygodnych widzów z „rasy panów”, którzy zresztą w tym momencie przypomnieli sobie o lornetce i zabrali ją „Brunowi”.. Ale my już zdążyliśmy za pomocą tego niemieckiego sprzętu wykonać pracę zwiadowczą przeciwko ich samym…Tam na sekundę zatrzymała się nieruchomo po czym wzbiła się prawie pionowo wzwyż niknąc na wysokościach z niewiarygodną prędkością. Tu nasze wprawione do obserwacji oczy zauważyły szczegół tego lotu, który przez dziesiątki lat nie miał nie tylko żadnego znaczenia ale i był niewyjaśniony…pozornie nawet nielogiczny. Otóż kula nadleciała od zachodu ale po sekundowym zatrzymaniu się, ulatując wzwyż odchyliła tor swojego lotu o kilka-kilkanaście stopni kątowych ku zachodowi, jakby z powrotem w stronę skąd przybyła…O tym czym ona była, dlaczego pojawiła się właśnie w tym czasie i co znaczyło to odchylenie lotu ku zachodowi dowiedziałem się z badań nad UFO i „Siecią Wilka” dopiero czterdzieści lat później. My sami wówczas podejrzewaliśmy, że może to być jakiś niezwykły obiekt latający, ale z pewnością nie – niemiecki , skoro właśnie oni tak do niego strzelali. Nie wyglądało to jednak na coś skonstruowanego przez obrońców getta, prędzej na jakiś „aparat zwiadowczy” jednej ze stron biorących udział w wojnie.

Skąd mogłem wówczas wiedzieć, że po raz pierwszy w życiu dane mi było oglądać to, co w kilkanaście lat później zostanie nazwane mianem UFO ?

Tu właśnie przydała się fotograficzna pamięć. Ile razy znajdę się w pobliżu tego terenu przypomina mi się wszystko : walki w getcie, płonące domy, dym i krzyki ludzkie. Strzały esesmanów i ta kula majestatycznie przelatująca nad mordowaną, prawie bezbronną resztką mieszkańców. Faktem jest jednak, iż od tego momentu – szczególnie w kilka lat po zakończeniu wojny – narastała we mnie chęć poznania tajemnic tego, co potocznie nazywamy UFO. Minęło już ponad trzydzieści pięć lat gdy po uszy wszedłem w tą tematykę. Chętnie podzielę się z Czytelnikami wiedzą na ten temat jaką zdobyłem przez ten czas.

13 stycznia 1983 r, jeden z ufologów, Tadeusz J. z Warszawy idąc  od strony północnej ze śródmieścia chciał dotrzeć do ulicy Bernardyńskiej  w dzielnicy Czerniaków. W tym celu z ul.Wolickiej – blisko jej styku z ul. Czerniakowską zszedł na nieużytek, na załączonej mapce zaznaczony czerwonym napisem „Czerniaków” i w miejscu zaznaczonym czarnym owalem natknął się na dziwny ślad : był to owal o długości 4,40 m i szerokości 3,20 m (wg późniejszych pomiarów). Zima owego roku była  bezśnieżna i temperatura powietrza oscylowała w pobliżu zera stopni Celsiusza. Cała powierzchnia owalu  była wypalona na czarno, przy czym w kilku miejscach zauważono niewielkie porosty białej jakby pleśni. Teren w tym miejscu leżał w obniżeniu około 2 m w stosunku do ulicy Wolickiej.

Tadeusz J.  poszedł dalej na południe, aż do domu przy ul.Bernardyńskiej. Z tego miejsca na mapce wybiegają narysowane dwie czarne linie w kierunku płn/wschodnim i płn/zachodnim. Otaczają one wycinek terenu, na którym od 25 czerwca 1981 roku obserwowano kilka razy dziwne zjawiska podobne do UFO.

Czarny wypalony owal leżał w tym terenie. Mężczyzna  ten , dotarł do domu na ul.Bernardyńskiej do mieszkania Kazimierza Bzowskiego i zawiadomił go o znalezisku. Już po godzinie przy owalu  zeszło sie kilku badaczy: Tadeusz J, ten który pierwszy znalazł „wypalenisko”, Kazimierz Bzowski oraz inż. Paweł Żar, który przyniósł mikroskop. Łopatą wycięto kawałek wypaleniska. Miejsce pionowego wcięcia w głąb ziemi pokazało,że korzenie rosłin są  do głębokości 15 cm pod powierzchnią całkowicie zwęglone, przy czym brak śladów oddziaływania  ewentualnego ognia na caliznę ziemi.

Mikroskop laboratoryjny, przy powiększeniu 300-krotnym pozwolił na zbadanie zarówno zwęglonych korzeni jak i zwęglonych nadziemnych części trawy. Stwierdzono, iż struktura komórkowa roślin, zarówno nad ziemią jak i pod ziemią nosiła cechy rozkładu termicznego przy braku oddziaływania otwartym płomieniem i spalenia roślin. Brak było zupełnie popiołu. Stąd  pierwszy wniosek: na rośliny działało nieznane silne promieniowanie a nie otwarty utleniający płomień.

Na śladzie (wypalenisku) położono precyzyjny kompas geologiczny. Porównanie jego wskazań z mapą terenu wykazało, że na środku śladu igła kompasu dawała odchylenie 17 stopni ku wschodowi od prawidłowego kierunku północnego. W czterech miejscach, każde o 100 m od śladu – kompas pokazywał kierunek północny prawidłowo.

Styczeń 1983 roku – to był jeszcze okres stanu wojennego, czas wybitnie nie sprzyjający podejmowaniu jakichś bardziej szczegółowych badań w terenie miejskim. Nie mieliśmy więc np. jeszcze aparatury do badania ewentualnego promieniowani jonizujacego w paśmie gamma i beta w tym miejscu.

15 stycznia spadł pierwszy śnieg i wówczas z ulicy Powsińskiej, przy styku z ulicą Wolicką wykonano jedno zdjęcie tego terenu, kierujac obiektyw ku wschodowi. Nikt nie przypuszczał co się  sfotografuje. Otóż na zdjęciu okazało się, że „nasz” ślad jest jednym z pięciu identycznych, starych śladów o podobnych rozmiarach, które nie zachowały się jako wypaleniska, a tylko jako minimalne zagłębienia terenu a stały się widoczne gdy na nie spadł świeży śnieg. Ponadto na wschód od śladu wypalonego – nie widać dalszego krajobrazu, a tylko jakby białą zasłonę…

Nieco później ale tego samego dnia wykonano jeszcze dwa zdjęcia tym razem na slajdach. Tadeusz J., oraz jego znajoma stanęli po obu końcach wypaleniska, a K.Bzowski wykonał jedno ujęcie. Na niebie jest UFO, którego  wzrokowo nie było widać  Na następnym zdjęciu  obok śladu stał już tylko Tadeusz J., ale na niebie to UFO jest nadal.

Ulica Wolicka styka się w swej zachodniej części z ul. Czerniakowską  ale w biegnąc dalej ku wschodowi ogranicza teren ogródków działkowych. W części przyległej do ul. Czerniakowskiej stoi duży kompleks budynków Naczelnej Dyrekcji ZUS, frontem ku ul.Wolickiej. Wypalenisko było usytuowane około 140 metrów na południe od  tych budynków. Obecnie nad miejcem „wypaleniska” przebiega estakada Trasy Siekierkowskiej, prowadzącej do mostu Siekierkowskiego na Wiśłe i zarazem przebiega ona nad wszystkimi starymi miejscami lądowań UFO, widocznymi na zdjęciu.

W następnych latach ,  do 1988 sprawdzano, że teren wypalonego owalu nie zarastał roślinnością, a anomalia magnetyczna trwała nadal. Wówczas w 1983 r. nie potrafiliśmy określić daty powstania wypaleniska.

Latem 1983 r. prowadziłem prelekcję w jednym z klubów osiedlowych na Czerniakowie w Warszawie i gdy na ekranie pokazałem zdjęcie  malowidła zrobionego przez naocznego świadka z lądowania UFO w Chałupach na Helu w 1981 r. – gdy na ekranie pojawiła się ciemno-zielona postać „ufoluda” z ciemności sali padła uwaga : „myśmy też takich widzieli !”

Przewałem prelekcję…. Cóż się okazało ? Pan S., lat 43 z 12-letnim synem  wieczorem 29 września 1982 roku poszli na działki położone przy ul.Wolickiej by zebrać z drzewek  jabłka, gdyż  radio zapowiadało nadejście nocnych przymrozków. Pamiętajmy – to był jeszcze okres stanu wojennego i chodzenie nocą było surowo zakazane!

Pracowali do godziny drugiej w nocy i mimo obawy przed spotkaniem patrolu Milicji zdecydowali się i.ść do domu na bliskim Czerniakowie… Szli ulicą Wolicką w kierunku zachodnim, gdy nagle poczuli dym, a w chwilę później na nieużytku w zagłębieniu terenu pobłyski pomarańczowego światła…

„To wyglądało z daleka jak przygasające ognisko” – mówił pan S. Teraz podchodzili juz chyłkiem, kryjąc się za rosnącymi wzdłuż ul. Wolickiej krzakami dzikiego bzu. Gdy byli nie dalej niż 20 m. od „ognia” – ujrzeli:

„To ziemia jarzyła się tym pomarańczowym promieniowaniem tuż nad nią , nie wyżej niż 3/4 metra unosił się płaski od dołu ale wypukły od góry dysk, średnicy około sześciu metrów, barwy starej miedzi on nie promieniował. Na tle tego dysku widać była postać niby-ludzką, wzrostu około półtora metra, ubraną w ciemny, być  może ciemnozielony kombinezon. W każdym razie widzieli podobną barwę w momentach gdy oświetlało ją to promieniowanie od ziemi. Ta postać trzymała w ręku poziomo kółko o średnicy około 1/4 metra. Z tego kółka w dól biło  słabe pomarańczowe promieniowanie. Ten osobnik dreptał w miejscu z tym kółkiem. Za chwilę  z za tego dysku wyszedł drugi taki sam z takim samym kółkiem.Ten powoli obchodził dysk wokoło.

„Gdy zaszedł za dysk, a ten bliższy odrócił się  plecami do nas pomału, cichutko zawróciliśmy z synem i chyłkiem wróciliśmy na działki, gdzie przesiedzelilśmy do świtu…” – opowiadał świadek. W owym okresie byłem już dość znanym ufologiem i otrzymywałem od wielu fotoanatorów sporo zdjęć i słajdów, na których  chwytali różne niewytłumaczalne  zjawiska. Teraz już wiedziałem czego szukać: wszystkiego, co miało miejsce w zbliżonej okolicy nocą z 29 na 30 września 1982 r.

Znalazłem  negatyw wykonany przez fotoamatora-astronoma, który uchwycił owej nocy teleobiektywem 600 mm. około godz.01,30 do 02,00  jakby odlot z  ziemi dziwnego czerwono – świecącego  krążka.Bliższe badanie okoliczności wykazało, iż „krążek” mógł odlecieć z okolicy leżącej blisko styku ul. Wolickiej i Czerniakowskiej.   Być może start tego UFO? Napisałem wówczas o tym niewielki artykuł, który wydrukował mi  miesięcznik „Stolica” (nie ukazuje się już od kilkunastu lat). Któregoś wieczoru zapukał do mnie sąsiad mieszkający dwa piętra wyżej niż ja.

„Czytałem pański artykuł w „Stolicy”  i przyszedłem coś  panu powiedzieć… Otóż owej nocy wróciłem do domu około północy z pracy. Wyszedłem na balkon wychodzący w tamtą stronę by wypalić papierosa i patrząc w ciemność nocy widziałem to jarzenie się  nisko na trawie. Myślałem, że to może rzeczywisty ogień, poszedłem więc po lornetkę. Z pomocą  dobrej ośmiokrotnej lornety myśliwskiej, widziałem tych ufoludów, o których pan pisał i to wszystko co się tam działo. Byłem tak zafascynowany, że obserwowałem ich ponad godzinę widziałem też jak później kolejno znikali, chyba wsiadali do tego ich  pojazdu. Stał on  nadal nieruchomo nad ziemią, a ziemia pod nim  jarzyła się. W końcu, około godziny pierwszej lub nieco później ujrzałem tylko  pomarańczową słabą smugę , któtra wybiła się wzwyż i wszystko znikło.

Ten  świadek jest absolutnie wiarygodny, prosił o nie ujawnianie go, gdyż  był wysokim funkcjonariuszem – i dawniej i obecnie. Ślad po paru dniach był badany radiestezyjnie przez pana Miłosława Wilka. Stwierdził on, iż  jest usytuowany na identycznym „podwójnym ” oczku Sieci Wilka,  o takich samych rozmiarach jak przy lądowaniu UFO w Chałupach na Helu w dniu 08.08.1981r. tj o rozmiarze 4 x 5 m.

Zastanawiające jest, iż przy tych obu lądowaniach – w Chałupach i w Warszawie  brali udział dwaj identycznie opisani humanoidzi.

Reklamy

From → Artykuły

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: