Skip to content

Alarm nad instalacjami jądrowymi

13 grudnia 2009

Dlaczego Pentagon nadał w 1949 roku komisji zajmującej się UFO nazwę „Projekt Uraza” (Project Grudge)? Nigdy nie podano żadnego wytłumaczenia, ale może nie jest jeszcze za późno, aby zaproponować wyjaśnienie.

Od końca poprzedzającego roku amerykańscy wojskowi postanowili demonstracyjnie okazywać sceptycyzm wobec hipotezy o obecności statków pozaziemskich na terytorium Stanów Zjednoczonych. Jednak analiza tajnych, ujawnionych dzięki FOIA dokumentów świadczy o tym, że te osobliwe obiekty latające pojawiały się przede wszystkim w sąsiedztwie „czułych” instalacji, a mianowicie ośrodków badań i zakładów atomowych, do których w owym czasie mieli dostęp wyłącznie wojskowi. Jednostki badawcze i produkcyjne w Oak Ridge w stanie Tennessee, w Hanford w stanie Waszyngton, w Los Alamos i w Sandii w pobliżu Albuquerque w Nowym Meksyku, a także na terenach doświadczalnych w White Sands w pobliżu Alamagordo, nie mówiąc już o bazie bombowców atomowych w Roswell, stały się miejscem niezwykłych zjawisk. Wojskowi mieli uzasadnione powody do obaw. Tym można tłumaczyć dziwaczną nazwę wybraną dla komisji, która widocznie nie ogarniała tych wydarzeń… Ten epizod historii związanej z UFO był przez długi czas mało znany. Dostępne dziś dokumenty umożliwiają dokładne odtworzenie przebiegu wydarzeń.
Los Alamos, grudzień 1948 – luty 1949

W grudniu 1948 roku, a następnie przez pierwsze miesiące roku 1949 nad głównymi wojskowymi obiektami nuklearnymi w Nowym Meksyku i w Teksasie odnotowano całą serię niewytłumaczalnych zjawisk świetlnych. Służby techniczne Sił Powietrznych bazujące w Dayton (AMC), których częścią jest A TIC, gdzie mieści się również komisja zajmująca się badaniami UFO, nie wykazywały początkowo zainteresowania tymi zjawiskami. Ale z drugiej strony osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na miejscu z trudem zachowywały zimną krew.

Wszystko zaczęło się 5 grudnia 1948 roku. W tym właśnie dniu piloci William Goade i Roger Carter, lecąc samolotem Sił Powietrznych C-47 (DC-3), zobaczyli w pobliżu Las Vegas, a po dwudziestu minutach w okolicy Albuquerque błysk jaskrawego zielonego światła. Unosiło się ono nad Sandią, wypisując na niebie paraboliczny tor. Goade i Carter sądzili początkowo, że jest to meteor lub raca, ale pół godziny później pilot samolotu rejsowego, który wylądował w Albuquerque, potwierdził, że zaobserwował to zjawisko w pobliżu Las Vegas, dodając istotny szczegół: widział, jak to zielone światło zmierzało w jego stronę, co zmusiło go do wykonania manewru zapobiegającego kolizji. W tym momencie błyszczący obiekt wykonał lot nurkowy w stronę ziemi i w ciągu kilku sekund zniknął, pozostawiając blado-zieloną smugę .

Podpułkownik Doyle Rees, odpowiedzialny za bezpieczeństwo bazy lotniczej Kirtland i członek OSI (lub AFOSI: Air Force Office oj Special Investigations -Biuro Sił Powietrznych do Spraw Specjalnego Śledztwa), działającego we wszystkich wojskowych bazach powietrznych, potraktował ten przypadek poważnie. Następnego dnia wszczął dochodzenie.

Zjawisko zaczęło się powtarzać. 8 grudnia dwaj oficerowie AFOSI wykonujący lot patrolowy nad Kirtland zobaczyli, że zmierza w ich kierunku jaskrawe zielone światło, znacznie bardziej intensywne i przewyższające wielkością światło racy. Trwało to nie dłużej niż dwie sekundy. W następnych dniach sygnalizowano inne nie zidentyfikowane światła nad Sandią w pobliżu Kirtland, gdzie mieściły się supertajne laboratoria pracujące nad bombą atomową. Analogiczne obserwacje odnotowano nad wytwarzającymi pluton przeznaczony dla bomb zakładami atomowymi w Hanford w stanie Waszyngton.

Coraz bardziej zaniepokojony Rees zwrócił się z prośbą o opinię do znanego specjalisty w dziedzinie meteorów, profesora Lincolna La Paza, dyrektora Instytutu Meteorytów i szefa wydziału matematyki i astronomii na uniwersytecie w Nowym Meksyku. La Paz pracował podczas wojny w White Sands i nadal wykonywał prace dla armii. 12 grudnia, przebywając w towarzystwie dwóch oficerów bazy w Kirtland, ujrzał zieloną „ognistą kulę” przecinającą niebo z jednego końca horyzontu na drugi. Zjawisko to zaobserwowali w tym samym czasie nieco dalej dwaj inspektorzy bezpieczeństwa jądrowego. La Pazowi udało się metodą triangulacji określić tor lotu obiektu. Doszedł do wniosku, że błyszczący obiekt przelatywał nad laboratorium w Los Alamos, największą świętością amerykańskich badań jądrowych, gdzie pod kierunkiem Roberta Oppenheimera wyprodukowano pierwsze bomby atomowe. Jednak zdaniem La Paza najbardziej zdumiewającym faktem był poziomy lot tej „kuli ognistej” na wysokości od 8 do 10 mil (od 12 do 16 km). Pozwoliło to ekspertowi na wyciągnięcie wniosku, że nie mógł to być meteor.

30 stycznia 1949 roku zjawisko to wystąpiło ponownie, tym razem w Roswell. Paruset świadków widziało, jak zielony „meteor” przeciął nagle niebo. Niektórzy przypuszczali, że mógł spaść w pobliżu . Profesor La Paz, któremu powierzono dochodzenie w tej sprawie, nie znalazł żadnej cząstki tego meteoru, ale po zapoznaniu się z kilkudziesięcioma relacjami odtworzył tor jego lotu. Wyniki znów były zdumiewające: obiekt pokonał odległość 143 mil (230 km) w prostej linii nad Teksasem i Nowym Meksykiem. Przypuszczalna wysokość wynosząca od 60000 do 40000 stóp (20000 do 13000 m) była wyjątkowo niewielka jak na meteory. Orientacyjna prędkość: 25000-50000 mil/godz. (40000-80000 km/godz.). Na tej wysokości i przy tej prędkości meteor powinien wytworzyć falę uderzeniową Macha, jednak świadkowie niczego nie słyszeli. Zdaniem La Paza mógł to być wyłącznie nieznany obiekt latający.

17 lutego zwołano w Los Alamos „konferencję poświęconą zjawiskom powietrznym” z udziałem kompetentnych uczonych i wojskowych. Przebieg dyskusji na konferencji jest znany dzięki sprawozdaniu pułkownika Reesa wysłanemu 23 maja do generała Carolla kierującego specjalnym dochodzeniem w Waszyngtonie. Notatka odtwarza cały przebieg sprawy „zielonych kul ognistych”. Tego dnia obecni byli w Los Alamos przedstawiciele 4. armii, jednostki „specjalnego uzbrojenia”, uniwersytetu w Nowym Meksyku, FBI, Komisji Energii Atomowej, uniwersytetu w Kalifornii, Rady Naukowej Sił Powietrznych, wydziału badań geofizycznych AMC i Biura do Spraw Specjalnego Dochodzenia Sił Powietrznych. Zaproszona do udziału „Komisja Uraza” nie raczyła delegować swojego przedstawiciela!

A oto jak pułkownik Rees relacjonuje swojemu zwierzchnikowi wyniki obrad:

Nie zaproponowano żadnego logicznego wyjaśnienia pochodzenia zielonych kul ognistych. Ustalono jednak, że zjawiska te są raczej autentyczne i że należy je badać w sposób naukowy. Uznano ponadto, że natarczywość, zjaką te niewytłumaczalne zjawiska pojawiają się w pobliżu czułych instalacji, jest niepokojąca .

Rees nie przytacza końcowego raportu (siódmego!), jaki właśnie otrzymał od Lincolna La Paza. Dokument ten z dnia 23 maja 1950 roku  wymienia wszystkie charakterystyki odróżniające „kule ogniste” od meteorów: tor, wysokość, prędkość, bezdźwięczność, jasność, barwa, długotrwałość itd. Analiza La Paza eliminuje praktycznie hipotezę o meteorach. Uczony dopuszcza możliwość pojazdów radzieckich, ale nie wyklucza wersji aparatów pozaziemskich.

Zagadka „zielonych kul ognistych” nigdy nie została rozwiązana. Ale było w tych latach niemało innych tajemniczych zjawisk, które mobilizowały służby bezpieczeństwa Amerykańskich Sił Powietrznych.
Camp Hood, marzec – kwiecień 1949

W 1949 roku amerykańską broń jądrową magazynowano między innymi na supertajnym terenie wojskowym Camp Hood w Killeen w Teksasie. Tutaj pierwsze przypadki zagadkowych wizyt zaczęto odnotowywać od 6 marca. Zameldował o nich w notatce z dnia 22 marca agent FBI przydzielony do najbliżej położonego od bazy miasta San Antonio:

6 marca 1949 roku około godziny 19.33 w odległości około pół mili od bazy w Killeen, w strefie „instalacji o szczególnym znaczeniu” Camp Hood (Teksas) zauważono racę. Drugą racę dostrzeżono 7 marca o godzinie 1.45 w nocy w odległości około trzech mil od bazy. Od tej pory panuje opinia, że „race” w pobliżu Killeen podobne są do już zaobserwowanych zjawisk w okolicach Los Alamos i bazy Sandia, w pobliżu Camp Hood są to jednak pierwsze tego rodzaju obserwacje .

Przez następne trzy miesiące światła i błyszczące kule pojawiały się nad Camp Hood bez przerwy, niektóre bardzo blisko ziemi i obserwatorów: strażników, patroli ochrony bazy. 6 marca wojskowi zaobserwowali na horyzoncie błysk błękitnawego światła, po dwudziestu minutach białe światło z pomarańczowym ogonem, a następnie inne, tym razem bladobłękitne. W końcu nastąpił silny wybuch światła, przypominający efekt „lampy błyskowej” . 30 marca żołnierz pełniący służbę na wschód od bazy widział, jak nad pasem startowym przelatywała czerwona kula ognista.

Najbardziej spektakularna seria przypadków miała miejsce 27 kwietnia. O godzinie 21.20 dwaj żołnierze, pełniący służbę na południowy wschód od Killeen, zaobserwowali pojawienie się kilka kroków od nich i około dwóch metrów nad ziemią migocącego fioletowego światła o średnicy około czterech centymetrów. Maleńkie światło pozostawało przez minutę w bezruchu, a następnie oddaliło się i zniknęło między gałęziami drzew. Kilka chwil później w odległości trzech kilometrów od tego miejsca inni żołnierze ujrzeli błyszczące światło o średnicy dziesięciu centymetrów. Miało z tyłu coś w rodzaju przyczepionego „metalicznego” stożka wielkości pięciu do dziesięciu centymetrów. Obiekt zbliżał się dość szybko w ich kierunku, lecąc poziomo, i nagle zniknął. Dwanaście minut później w innym sektorze bazy leciało zygzakiem białe światło. Obserwacje następowały jedna po drugiej. Napływały meldunki o zwartych szykach tych zagadkowych świateł, aż do dziesięciu w jednym. Dla osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo 4. armii był to niewątpliwie powód do zdenerwowania…

Te zagadkowe błyszczące kule mogą się kojarzyć z nie mniej osobliwymi Joo-fighterami zaobserwowanymi w czasie drugiej wojny światowej i z przygodą pilota George’a Gormana, który trzy miesiące wcześniej stoczył prawdziwą walkę powietrzną z błyszczącą białą kulą o średnicy sześciu-ośmiu cali (15-20 cm). Badacze wojskowi doszli w owym czasie do wniosku, że chodziło o balon. A mimo to przypadek ten figuruje w ściśle tajnym raporcie sztabu z dnia 10 grudnia 1948 roku (patrz: rozdział 3).

Wobec dalszego pojawiania się zjawisk świetlnych odpowiedzialne organy 4. armii opracowały w maju 1949 roku plan wzmożonej ochrony bazy w Killeen i zwróciły się do dowództwa Sił Powietrznych o środki niezbędne do jego realizacji. Spotkały się niestety z odmową.

Obserwacje trwały jednak do sierpnia. 6 czerwca dwa punkty kontrolne zasygnalizowały pomarańczowe światło znacznie większych rozmiarów od poprzednich (od 10 do 20 m średnicy), zawieszone na wysokości ponad 1,5 km. Po trzech minutach zagadkowe światło przesunęło się, a następnie rozsypało na cząstki .

Wysokie czynniki wyraźnie bardziej interesowały się

zielonymi kulami ognistymi w Nowym Meksyku niż tym, co działo się w bazie Killeen. Z inicjatywy wybitnych uczonych, takich jak geofizyk Joseph Kaplan, doradca Sił Powietrznych, profesorowie Norris Bradbury i Edward Teller („ojciec” bomby wodorowej) z uniwersytetu w Kalifornii, którzy uczestniczyli w spotkaniu w Los Alamos, powstał plan wzmożonej obserwacji Project Twinkle („Plan Migotanie”). Poczynając od lutego 1950 roku plan wdrażany był przez rok na terenach, na których odnotowano największą liczbę niewytłumaczalnych zjawisk, między innymi w bazie Holloman w White Sands. Plan realizowano pod nadzorem laboratorium badawczego Sił Powietrznych w Cambridge w stanie Ohio. Czy może wreszcie uda się zdobyć naukowe dowody istnienia UFO? Niestety, z powodu braku odpowiednich środków plan zakończył się niepowodzeniem. Zapisy uzyskane za pomocą precyzyjnej aparatury uznano za niewystarczające do wyciągnięcia ostatecznych wniosków. W końcowym raporcie z dnia 27 listopada 1951 roku doktor Kaplan orzekł: „zielone kule ogniste” są zjawiskiem naturalnym. Ale jeden z załączonych do raportu dokumentów, list do AMC z dnia 15 września 1950 roku, zawiera ciekawe zdanie: „Nie ulega wątpliwości, że należy uznać za znamienny fakt, iż kule ogniste znikają z chwilą zorganizowania systematycznego nadzoru na miejscu”.

Niewytłumaczalne zjawiska świetlne stały się wprawdzie rzadsze, ale trwały nadal. Występowały jeszcze w roku 1951, między innymi nad Los Alamos. W tym wypadku były to wyłącznie zielone kule. Do raportu włączono zeznania majora Edwarda Doty’ego z bazy Hollori1an. Opisuje w nich obserwację pewnego żołnierza odbywającego służbę w eksperymentalnej jednostce radarowej, dokonaną 9 lipca o godzinie 22.30 w pobliżu Corony: czerwona kula świetlna w przybliżeniu wielkości księżyca w pełni, znajdująca się nieco ponad horyzontem, opadała powoli przez 30 sekund, a następnie zniknęła bezgłośnie za drzewami.

Negatywne wnioski raportu „Komisji Uraza” zostały zakwestionowane w 1956 roku przez fizyka z marynarki wojennej Bruce’a Maccabee . Jego zdaniem dostępne obecnie archiwa komisji „Błękitna Księga” świadczą o tym, że autor raportu, doktor Elterman, pominął milczeniem istotne zapisy. Na przykład Maccabee znalazł w tych archiwach raport z dnia 13 lipca 1950 roku w sprawie obserwacji dokonanych w blasku dnia, 27 kwietnia i 24 maja, przez personel Towarzystwa Land-Air Inc., zarejestrowanych za pomocą specjalnych kamer fototeodolitowych firmy Ascania. Fakt ten został w raporcie pominięty. Gdy kapitan Edward Ruppelt, któremu pod koniec 1951 roku powierzono nadzór nad komisją dochodzeniową, dowiedział się o istnieniu tych filmów, udał się w 1952 roku do Holloman w celu zapoznania się z nimi. Nie udało się jednak ich odnaleźć. Zdaniem Bruce’a Maccabee jest to ewidentny przypadek ukrywania naukowych materiałów znajdujących się w posiadaniu laboratorium badawczego w Cambridge, w którym niewątpliwie już od dawna była znana sprawa UFO. Interesujący szczegół: średnica UFO -około dziesięciu metrów -pokrywa się ze średnicą innego obiektu latającego, zaobserwowanego rok wcześniej także w White Sands przez fizyka, o którym dziś wiadomo, że w 1947 roku wypuszczał balony Mogul: jest to profesor Charles Moore. Miał on możliwość obserwowania UFO za pomocą teodolitu. Jego raport również znajduje się w oficjalnych materiałach „dossier UFO”.

Ośrodek atomowy w Los Alamos był następnie miejscem innych obserwacji. Astronom Allen Hynek, wówczas doradca naukowy Sił Powietrznych, w swojej książce The Rynek UFO Report („Raport Hyneka o UFO”)  opisuje dokładnie przypadek, który wydarzył się 29 lipca 1952 roku. Szczegółowy raport o tym zdarzeniu złożyło pięciu świadków. Pierwszy z nich, pracownik naukowy, zobaczył o godzinie 10.00 biały obiekt, który obracał się wokół własnej osi. Po pięciu minutach nadleciały myśliwce odrzutowe z bazy Kirtland. Inny pracownik laboratorium dostrzegł w tym samym czasie biały obiekt, większy od samolotu, lecący w linii prostej na wysokości około 1000 m i pozostawiający za sobą gęstą smugę. Inni świadkowie zauważyli interesujący pojazd o jajowatym kształcie. Jeden ze świadków obserwował go przez lornetkę i widział, jak znika za górami. Jeszcze inny dostrzegł niesione przez wiatr spalone papiery. UFO nie leciało zgodnie z kierunkiem wiatru, ale mimo to komisja „Błękitna Księga” stanęła na stanowisku, że chodzi „najprawdopodobniej” o papiery niesione przez wiatr. Zdaniem Hyneka cała sprawa stanowi doskonałą ilustrację „teorematu Sił Powietrznych”: nie może to istnieć, więc nie istnieje.
Oak Ridge, czerwiec 1949 – październik 1950

Jeśli wierzyć archiwom FBI, początkiem licznych obserwacji dokonanych w Oak Ridge, jednym z głównych amerykańskich ośrodków atomowych, był dzień 19 czerwca 1949 roku. Na przykład w raporcie z dnia 20 października 1950 roku przytacza się meldunki personelu służby bezpieczeństwa Komisji Energii Atomowej, która kieruje ośrodkiem:

Państwo Anderson oświadczyli o godzinie 19.00, że 19 czerwca około godziny 12.00 widzieli trzy nie zidentyfikowane obiekty lecące z południowego zachodu w kierunku Oak Ridge w stanie Tennessee. Twierdzili, że dwa obiekty miały kształt kwadratu, trzeci zaś był okrągły i poruszał się albo pomiędzy kwadratowymi, albo nieco wyżej. Pierwsze dwa były płaskie i elastyczne; okrągły obiekt był również płaski, ale nie sprawiał wrażenia elastycznego. Leciały bezgłośnie przez 10 do 15 minut w kierunku północno-zachodnim. Pogoda była jasna i bezwietrzna. Inny świadek, pani White, potwierdziła tę obserwację. Wymienieni świadkowie cieszą się dobrą opinią i zasługują na zaufanie.

W powszechnie dostępnych archiwach FBI znajduje się aż 80 stron dokumentów dotyczących fali obserwacji w Oak Ridge w latach 1949 i 1950. Podobnie jak w przypadku Camp Hood niektóre z nich są zaskakujące. Na przykład 15 października 1950 roku około godziny 15.20 agent służby bezpieczeństwa AEC Edward Rymer ujrzał coś, co w pierwszej chwili wziął za samolot lecący na wysokości 4000-5000 m. Za obiektem ciągnęła się smuga długości około 400 m. Obiekt zaczął obniżać lot w sposób kontrolowany, prawie pionowo, wolniej niż jest to w stanie zrobić samolot. Następnie przybrał kształt dużej piłki, za którą ciągnęła się błyszcząca smuga tej samej wielkości. Obiekt przeszedł potem do lotu poziomego, równoległego do horyzontu, zwolnił i przeleciał w odległości około 70 m od Rymera oraz innego zatrzymanego przez niego świadka. Ponieważ pojazd wciąż zwalniał i zaczął poruszać się z prędkością mniejszą od szybkości człowieka, Rymer próbował zbliżyć się do niego. Kiedy jednak znalazł się w odległości poniżej 20 m, obiekt skierował się na południowy wschód na wysokości zaledwie dwóch metrów nad ziemią, wykonując „prawie mechanicznie” manewr pozwalający mu przelecieć nad ogrodzeniem wysokości trzech metrów, a następnie nad wierzbą i przewodami telefonicznymi. Zwiększył wysokość i szybkość nad wzgórzem w odległości półtora kilometra od miejsca spotkania. Ten sam świadek podaje dodatkowe szczegóły na temat nieprawdopodobnego wyglądu pojazdu, na przykład „ogona”, który sprawiał wrażenie, że składa się z kilku części, emitował słabe pulsujące światło barwy błękitno-szarej i lekko kołysał się na wietrze. Inną zdumiewającą cechą tego obiektu był fakt, że jak gdyby zmniejszał się w miarę zbliżania, zwiększał zaś, oddalając się.

Spotykając się z tego rodzaju przypadkiem, trudno nie wspomnieć sugestii o psychicznym manipulowaniu świadkami. W każdym razie Edward Rymer musiał być pod ogromnym wrażeniem swojej przygody, skoro zdecydował się na jej opis, narażając się na śmieszność, a nawet ryzykując utratę stanowiska agenta służb bezpieczeństwa.

Powyższe obserwacje, podobnie jak sygnały z Killeen, musiały wzbudzić niepokój władz. Stąd liczne notatki FBI. Raport z dnia 21 października 1950 roku podsumowuje problem w następujący sposób:

Wygląda na to, że opinie sprowadzają się do trzech kategorii wyjaśnień. Pierwsza przychyla się do wersji zjawisk fizycznych, które należy tłumaczyć naukowo; druga podtrzymuje wersję o obiektach doświadczalnych (niewiadomego pochodzenia) sterowanych elektronicznie,. trzecie wyjaśnienie zbliżone jest do drugiego, zakłada jednak ponadto, że może tu również chodzić o chęć demoralizacji i nękania. Odrzuca się na ogól koncepcję zjawisk ze sfery fantastyki naukowej.

Nie jest wykluczone, że w tym „nękaniu” można dopatrywać się dość prostego przesłania, które dałoby się odczytać następująco: „Możemy zrobić z wami, ludźmi, co nam się żywnie podoba, i obserwujemy z bliska wasze tajemnice atomowe…”. Powyższe przypuszczenie należałoby adresować przede wszystkim do tych, którzy w grudniu 1948 roku nadali komisji badawczej nazwę „uraza”…

Epizod z „Komisją Uraza” stanowi jedynie mało znaczący etap w długiej już historii UFO. Pod wpływem napływających w 1950 roku relacji o dokonanych obserwacjach sztab zdecydował się na reaktywowanie pogrążonej w letargu komisji. Nowy szef Wywiadu Powietrznego w Pentagonie, generał Samford, który zastąpił na tym stanowisku generała Cabella, wpadł w furię, kiedy dowiedział się o bezczynności komisji i wydał rozkaz natychmiastowego wznowienia jej pracy. I wówczas wkracza na scenę młody porucznik Edward Ruppelt, któremu szefostwo A TIC powierza to zadanie. W ciągu dwóch lat Ruppelt nadał badaniom komisji niesamowity impuls.
Komisja „Błękitna Księga”

Po otrzymaniu nominacji na szefa „Komisji Uraza” we wrześniu 1951 roku Ruppelt stwierdził, że ma do czynienia z bezczynną ekipą, która nawet nie czyta napływających do niej raportów. Ten okres apatii nazywa on „czarnymi latami UFO”. Młody utalentowany oficer jest zaniepokojony tą zdumiewającą sytuacją, ponieważ od swoich zwierzchników wysokiego szczebla otrzymał polecenie natychmiastowego wznowienia dochodzeń. Zadaje sobie pytanie, czy za negatywną postawą charakteryzującą bazę Wright-Patterson, kiedy w innych ośrodkach jakość raportów ma tendencję wzrostową, nie kryją się jakieś istotne przyczyny:

Czy przypadkiem nie służę za kamuflaż dla jakichś innych zadań? Nie podoba mi się ta sytuacja, ponieważ jeśli niektórzy moi zwierzchnicy wiedzą, że UFO to na pewno statki kosmiczne, wyjdę na durnia, kiedy prawda zostanie ujawniona .

I rzeczywiście, w owym czasie postawa Sił Powietrznych nie była jednoznaczna. Wprawdzie na początku 1949 roku przyjęły one „twardą” linię konsekwentnego negowania obserwacji UFO i opcja ta została oficjalnie potwierdzona w grudniu w końcowym, bardzo krytycznym raporcie „Komisji Uraza” (zmuszonej mimo to do uznania 23% przypadków za nie wyjaśnione), to jednak nie była ona jednomyślna. Najwyższe czynniki w hierarchii wywiadu, najpierw generał Cabell w notatce z lutego 1949 roku o potrzebach wywiadu (patrz rozdział 3), a następnie generał Samford we wrześniu 1951 roku domagali się zapoczątkowania badań z prawdziwego zdarzenia w sprawie UFO. Dziś, biorąc pod uwagę wszystko, co wiemy o Roswell, możemy zadać sobie pytanie, czy nie było z ich strony podwójnej gry. Jeśli w 1947 roku znaleziono rzeczywiście rozbite UFO, to z całą pewnością byliby oni o tym poinformowani, i to w pierwszej kolejności. Nasilające się jednak tajemnicze wizyty mogły być dla nich do tego stopnia niepokojące, że uznali za niezbędne wznowienie dochodzeń. Tak czy inaczej, aktywne obserwacje UFO stały się, ich zdaniem, konieczne.

Aby podkreślić ten przełom, nadano komisji nową nazwę B/ue Book („Błękitna Księga”). Dzielny porucznik Ruppelt, szybko awansowany do stopnia kapitana, postanowił wykonać swoje zadanie jak najbardziej sumiennie, niezależnie od okoliczności. Nie trzeba było długo czekać, aby UFO znalazły się ponownie w orbicie dużego zainteresowania. W lecie 1952 roku pojawiła się fala obserwacji, która osiągnęła punkt kulminacyjny w tak zwanej „karuzeli waszyngtońskiej”. Zbulwersowała ona i zmobilizowała opinię publiczną. W lipcu 1952 roku przez dwie noce z siedmiodniową przerwą odbywał się prawdziwy balet powietrzny UFO, zaobserwowany nad stolicą przez licznych świadków cywilnych i wojskowych, z ziemi i powietrza, bezpośrednio i na ekranach radarów.

W sobotę 19 lipca 1952 roku o godzinie 23.40 rozpoczęła się pierwsza seria obserwacji. Trwała ona do godziny 5.30 nad ranem. Pierwszy odebrał zjawisko radar o dalekim zasięgu -ARTC -70 mil (110 km). Zarejestrował on siedem odbić w odległości 15 mil na południowy zachód. Szef kontroli ruchu powietrznego Harry Barnes zeznaje: „Od razu wiedzieliśmy, że to coś bardzo dziwnego. Ruchy obiektów różniły się zasadniczo od ruchów zwykłych samolotów” (II). Obiekty te można było śledzić tylko na odległość pięciu kilometrów. Znikały z ekranu jak po gwałtownym przyśpieszeniu. Po sprawdzeniu sprawności radaru Barnes połączył się ze swym kolegą w centralnej wieży kontrolnej odległej o 400 m i odpowiedzialnej za lądowania. Howard Cocklin potwierdził, że nie tylko jego radar odnotował również te obiekty, ale i on sam zobaczył jeden z nich -błyszczące pomarańczowe światło -na własne oczy! Obiekty rozciągnęły się po całym sektorze. Barnes połączył się z wojskową bazą powietrzną w Andrews, położoną 16 km na wschód, na drugim brzegu Potomaku. Pilot William Brady (zgodnie z dokumentem „Błękitnej Księgi”) widział gołym okiem w odległości około dwóch kilometrów od bazy dużą pomarańczową kulę ognistą o wyraźnych konturach i ze smugą. Wykonała ruch kolisty, zatrzymała się, a następnie odleciała z niewiarygodną prędkością i w mgnieniu oka zniknęła.

Ponieważ oba lotniska, cywilne i wojskowe, wykrywały nadal kolejne UFO, w tym pomarańczowy błysk na wysokości około 1000 m, ogłoszony został pościg, ale w bazie Andrews trwały prace remontowe i trzeba było sprowadzić samoloty z bazy Newcastle w stanie Delaware. Tuż przed przybyciem samolotów -z wielkim opóźnieniem, około godziny 3.00 w nocy -UFO się ulotniły,… by na nowo pokazać się po ich odlocie! Tymczasem kapitan Pierman lecący na pokładzie DC-4 linii Capital Airlines obserwował przez czternaście minut aż sześć błyszczących, białych, szybko poruszających się świateł. Jak podaje kontroler Barnes, obserwacje te pokrywały się w pełni z pelengiem radarowym. Późno w nocy radar o dalekim zasięgu AR TC zasygnalizował UFO nad inną wojskową bazą powietrzną, BoIling, położoną nad Potomakiem. Baza ta wykryła z kolei UFO w postaci okrągłego bursztynowego światła powoli przemieszczającego się przez kilka minut. W innym czasie trzy radary AR TC na wieży kontrolnej w Andrews i na wieży kontrolnej w Waszyngtonie pelengowały przez 30 sekund to samo UFO, które następnie zniknęło jednocześnie z wszystkich ekranów. I jeszcze dwie relacje dotyczące tej pierwszej nocy. Pierwsza pochodzi od sierżanta Davenporta, który trzykrotnie widział, jak czerwony obiekt oddziela się z dużą szybkością od UFO koloru srebrzysto błękitnego, manewrującego na wysokości koron drzew. Drugą relację złożył inżynier radiowy Chambers. Wczesnym rankiem, nie znając jeszcze nocnych wydarzeń, zaobserwował pięć poruszających się powoli i swobodnie dysków, które wychylone do przodu oddaliły się gwałtownie po bardzo stromym torze .

Ruppelt opowiada z humorem, że dowiedział się o wszystkim po dwóch dniach z gazet przed wylądowaniem w Waszyngtonie, dokąd przylatywał w rutynowych sprawach. Nikt nie pomyślał, nawet jego odpowiednik w Pentagonie major Foumet, żeby uprzedzić go w Dayton o wydarzeniu. Co więcej, kiedy zdecydował się na osobiste zajęcie się tematem i poprosił o samochód, spotkał się z odmową pod pretekstem, że z wojskowych samochodów służbowych mogą korzystać wyłącznie oficerowie od stopnia pułkownika. Dano mu nawet do zrozumienia, że jego pobyt w Waszyngtonie jest przewidziany wyłącznie na ten dzień; scena godna filmu Doctor FOIAmour, a działo się to w czasie, gdy prezydent Truman zażądał przeprowadzenia śledztwa w tej tajemniczej sprawie! .

W następnym tygodniu, przed drugą fazą tej fantastycznej karuzeli, 26 lipca wieczorem odnotowano kolejne, jednak znacznie rzadsze obserwacje. Zdaniem Ruppelta tym razem jego koledzy w Pentagonie nie byli już na szczęście zaskoczeni. Major Foumet udał się w towarzystwie elektronika z marynarki wojennej, porucznika Holcomba, na stanowisko radarowe AR TC na lotnisku. Zastali tam rzecznika prasowego Pentagonu, Alberta Chopa. Wszyscy oni, wraz z obsługą radaru, mieli w czasie tej drugiej nocy możliwość obserwowania powietrznego baletu UFO. Lotnisko w Waszyngtonie i baza w Andrews wykryły w krótkim czasie zarówno wizualnie, jak i na aparatach radiolokacyjnych kilkanaście nie zidentyfikowanych celów we wszystkich prawie kierunkach. Poruszały się raz powoli, według obliczeń obsługi radaru z prędkością poniżej 100 mil/godz. (160 km/godz.), innym razem z niesamowitą prędkością dochodzącą do 7000 mil/godz. (11 000 km/godz.). Pojawiały się pomarańczowe kule świetlne. O godzinie 22.46 instruktor lotniczy w CAA (Civii Aeronautics Administration -Zarząd Lotnictwa Cywilnego) zasygnalizował pięć pomarańczowych i białych świateł nad Waszyngtonem na wysokości około 2200 stóp (700 m). Zniknęły po sześciu minutach, ogłoszono jednak alarm.

Około godziny 23.30 z bazy w Newcastle przybyły myśliwce nocne F-94 Starfire. Pierwszy z nich poleciał w kierunku szybkich celów, dostrzegł cztery białe światła i ruszył za nimi w pościg. Tymczasem obiekty skierowały się w jego stronę, towarzyszyły mu przez pewien czas, a następnie oddaliły się! Pilot poprosił wieżę kontrolną o instrukcje, ale odpowiedzią było grobowe milczenie. Obsługa radarowa wykryła inne cele obok drugiego myśliwca, jednak pilot niczego nie zauważył .

Edward Ruppelt relacjonuje jeszcze jeden znamienny przypadek z tej zwariowanej nocy. Kilka minut po tym, jak obsługa radarowa lotniska w Waszyngtonie zgubiła cele na swych ekranach, dokonano nowych obserwacji, tym razem w regionie Newport News w Wirginii (w odległości około 180 km na południe, w pobliżu Norfolku). Świadkowie przekazali bazie Langlay informację o dziwnych jaskrawych światłach sprawiających wrażenie, że obracają się wokół własnej osi i zmieniają barwę. Pracownicy wieży kontrolnej dostrzegli inny cel i skierowali w jego kierunku znajdujący się akurat w pobliżu myśliwiec F-94. Pilot widział światło, ale gdy zbliżył się do niego, natychmiast zniknęło „jak gasnąca lampa”. Ale co ważniejsze: mimo zniknięcia obiektu załoga samolotu (pilot i radarzysta) namierzyła cel, jednak po kilku sekundach kontakt (lock-on) uległ zerwaniu i obiekt błyskawicznie się oddalił. F-94 pozostawał w strefie jeszcze przez kilka minut i nawiązał dwa nowe kontakty radarowe. Po krótkim czasie cele pojawiły się ponownie na ekranach krajowego lotniska w Waszyngtonie! Myśliwce F-94 wyruszyły znów w kierunku stolicy. Tym razem obiekty pozostawały widoczne na ekranach radarowych na ziemi. Kiedy nadleciały samoloty, jeden z obiektów pozostał. Pilot widział światło dokładnie w miejscu, które wskazał mu radar AR TC. Ruszył w kierunku celu, który jednak zniknął .

Klasyczna wersja sceptyków w takich sprawach jest dobrze znana: chodzi rzekomo o przypadkowe odbicia radarowe wynikające z inwersji temperatury w różnych warstwach atmosfery, analogiczne do zjawiska fatamorgany w świetle dnia. Ale jak powiedział później w zaufaniu Fournet Ruppeltowi, wszyscy obecni w stacji radarowej na lotnisku w Waszyngtonie byli przekonani, że mają do czynienia z „realnymi przedmiotami metalowymi”, a nie byli to nowicjusze w swoim zawodzie.

W związku z wrzawą, jaką podniosły środki przekazu, zwołano po trzech dniach konferencję prasową, którą prowadził szef wywiadu Sił Powietrznych generał Samford wraz z innym wysokim funkcjonariuszem Pentagonu, generałem Rameyem, autorem „balonowej” wersji w sprawie Roswell. Obecny był również Ruppelt, który przyjechał specjalnie w tym celu z Dayton. Rzucała się natomiast w oczy nieobecność Fourneta i Holcomba, bezpośrednich świadków wydarzeń. Inny oficer zasugerował prasie inwersję temperatury i w ten sposób temat został zamknięty, w każdym razie w środkach przekazu, jak świadczą o tym wielkie nagłówki w gazetach, które ukazały się następnego dnia. Podana później przez US Weather Bureau odmienna ocena nic nie zmieniła . Opinia publiczna była wyraźnie zaniepokojona tymi sprzecznymi wyjaśnieniami. Dowodzi tego artykuł tygodnika „Time” z dnia 4 sierpnia, który traktuje poważnie relację radarzysty Barnesa i w następujących słowach komentuje wojskową konferencję prasową: „Jeśli Siły Powietrzne nie próbują ukryć jakiegoś zagadkowego produktu własnego wyrobu, na przykład antyradaru, są tak samo zaniepokojone jak wszyscy” .

Po odejściu Ruppelta i nawiązaniu Sił Powietrznych do polityki systematycznego negowania UFO komisja „Błękitna Księga” powróciła bez wahań do interpretacji meteorologicznej, tłumacząc relacje z obserwacji wizualnych błędną wykładnią zjawiska meteorów. Nie jest też rzeczą przypadku, że Fournet i Chop staną się w przyszłości aktywnymi członkami pierwszego cywilnego organu badawczego NICAP (National Investigations Committee on Aerial Phenomena -Narodowy Komitet do Spraw Badań Powietrznych), założonego w 1956 roku przez byłego oficera marynarki Donalda Keyhoe, przekonanego, że armia ukrywa prawdę o UFO.

Dokumentacja waszyngtońskiej „karuzeli” długo jeszcze będzie tematem polemik. Zostanie na nowo „wytłumaczona” przez astronoma Donalda Menzela. Jego wersję podważy z kolei profesor McDonald, wysoko ceniony fizyk, który pojawi się „na arenie” w 1966 roku. Bez wdawania się w szczegóły trzeba powiedzieć, że sprawa ta spowodowała nowy zwrot w taktyce amerykańskich Sił Powietrznych. Kapitan Ruppelt szybko się przekonał, że jego plany są przez A TIC torpedowane. Wyciągnął z tego wnioski i w sierpniu 1953 roku zrezygnował ze stanowiska. Nie wiedział, że w styczniu tegoż roku została w tajemnicy przyjęta polityka systematycznego negowania istnienia UFO -„debunkingu” (od angielskiego to debunk -pomniejszać znaczenie czegoś).
Fragment książki „UFO – 50 tajemniczych lat”


Advertisements

From → Artykuły

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: