Skip to content

Zniknęło bez śladu

20 listopada 2009

 

Czy możliwe jest, aby coś zniknęło, odeszło w niebyt i nigdy już się nie pojawiło? Z historii znamy wiele przypadków, gdy znikały całe oddziały wojskowe, całe wioski, nie mówiąc już o pojedynczych ludziach. Współcześni fizycy kwantowi nie wykluczają już, że takie zjawisko może mieć miejsce, choć jeszcze nie umieją dokładnie wyjaśnić, na czym miałoby ono polegać.


14 lutego 1900 roku podczas wycieczki w góry Hanging Rock w Australii (fot. z lewej) zaginęły bez wieści trzy uczennice żeńskiego gimnazjum. To najbardziej tajemnicze zniknięcie przedstawił Peter Weir w swoim słynnym filmie pt. „Piknik pod Wiszącą Skałą” (fot. poniżej).

Starożytna Brytania była sceną jednego z bardziej spektakularnych zniknięć. W 117 roku n.e., czyli w pierwszym roku panowania cesarza Hadriana, z pewnego ufortyfikowanego miasta wyruszył IX legion armii rzymskiej (w sile 3000 pieszych i 300 konnych), by stłumić lokalne rozruchy w osiedlach niepokornych Brytów. Oddział wyszedł z fortu, przemierzył niewielką odległość i… znikł. Rozpłynął się w powietrzu i nikt nigdy go już nie ujrzał.
W 1810 roku Indianin, myśliwy z plemienia Apaczów, wybrał się z obładowanym zwierzęcymi skórami mułem do miasteczka San Luis. Sprzedaż skór zajęła mu dwadzieścia dni. Kupił prezenty dla swojej narzeczonej i wyruszył w stronę domu. Narzeczoną spotkał dwa dni drogi od rodzinnej wioski i resztę podróży odbyli razem. Niestety, w dolinie, w której od lat stały zbudowane z gliny domy plemienia, zastali pustą przestrzeń. Ani jednej chałupy, żadnych zagród dla bydła i koni, ani śladu żywej duszy. Wymarły, pusty teren. Z całej wioski zostali tylko oni dwoje.
W podobny sposób zniknęły dwa amerykańskie miasteczka. Artyści próbowali na swój sposób wytłumaczyć ten fenomen. Stephen King, najbardziej poczytny autor horrorów, w powieści pt. „Sztorm stulecia” wysunął hipotezę (on sam nie traktuje jej poważnie), że mieszkańcy miast, które znikły, nie wypełnili woli szatana i nie oddali mu jednego z dzieci na wychowanie. Mieszkańcy miasteczka, o którym on napisał, ugięli się i przetrwali. Twórcy filmu z lat 40. pt. „Brigadoon” wymyślili inne wytłumaczenie, otóż pewien czarodziej (może był to sam Bóg) spełnił wolę mieszkańców wioski Brigadoon i sprawił, że przeżywają oni jeden dzień, by w ciągu nocy przespać sto lat. Kiedy śpią, osada znika z powierzchni Ziemi, jakby przechodziła do innego wymiaru. Pojawia się w naszym świecie właśnie raz na sto lat, gdy jego mieszkańcy budzą się, by przeżyć kolejny dzień…
Dziwne, niewytłumaczalne przypadki zniknięć rzeczywiście są łączone przez naukowców z bramami do innych wymiarów. Zwłaszcza że w niektórych przypadkach osoby, które zniknęły, pojawiają się z powrotem – niekiedy kilka lub kilkaset kilometrów od miejsca zniknięcia. Czasem nie wiedzą, co się stało, czasem opowiadają, że zostały porwane. Być może nie należy jednak łączyć różnych typów zniknięć. Gdy ginie całe miasto z budynkami i ludźmi, nie można mówić o porwaniu. Wygląda to bardziej na przejście w inny wymiar.

Gdzie jest wahadełko?


12 sierpnia 1915 roku, podczas kampanii wojennej na półwyspie Gallipoli, zniknęła większość żołnierzy 5 batalionu Royal Norfolk Regiment (kilkuset ludzi). Świadkowie zdarzenia twierdzili, że oddział wszedł w dziwną chmurę i nigdy już z niej nie wyszedł. Cztery lata później znaleziono zwłoki prawie połowy żołnierzy, o reszcie nic nie wiadomo.
Niektórzy badacze sądzą, że w chmurze ukrywało się UFO, które porwało ludzi, inni jednak skłaniają się ku hipotezie, że chmura była wirem czasoprzestrzennym.

Oto bardzo wymowny przykład, który może rzucić więcej światła na ten problem. Nie chodzi tu, co prawda, o zniknięcie miasta, lecz małego wahadła, ale mechanizm zjawiska może być ten sam.
Byłem świadkiem tego zdarzenia, a wraz ze mną jedenaście innych osób. Stało się to 29 sierpnia 1981 roku we wsi Emilcin k. Opola Lubelskiego. Wraz z dwoma ufologami z Warszawy i ekipą programu 2 TVP pojechaliśmy do Emilcina, by nakręcić reportaż o tym, co 3 lata wcześniej zdarzyło się panu Janowi Wolskiemu. Został on mianowicie zabrany przez dwóch „ufoludów” do ich statku, a następnie przebadany i wypuszczony. Sam obiekt nie stał na ziemi, lecz tkwił nieruchomo w powietrzu na wysokości ok. 5 metrów, tuż przy ścianie lasu.
Stanęliśmy w tym samym miejscu. Prowadzący program, red. Włodzimierz S., wyjął własne wahadło i, stanąwszy na środku kręgu utworzonego z ludzi, powiedział: „Jestem ciekawy, jak ono się tu zachowa”. Wahadełko w kształcie długiego na 4 cm walca uwiązane było na cienkim rzemyku o długości 60 cm. Wszyscy w skupieniu przyglądali się poczynaniom redaktora. Okręcił on prawą dłoń kilka razy rzemykiem, przytrzymując go kciukiem. Lewą ręką chwycił na chwilę wahadło, by znieruchomiało, puścił je i… ono zniknęło razem z rzemykiem.
„To niemożliwe!” – krzyknął ktoś z ekipy i wszyscy upadli na kolana, by szukać wahadełka. Ziemia w tym miejscu była tak udeptana przez setki przychodzących tu ludzi, że z resztkami murawy tworzyła zbitą i twardą nawierzchnię. Niestety, wahadełka nigdzie nie było. Nie mogło się wbić w grunt, bo było zbyt małe i niezbyt ciężkie. Nie mogło odlecieć gdzieś na bok – wokół stało w ciasnym kręgu 11 osób. Gdzie zresztą podział się sześdziesięciocentymetrowy rzemyk? Przez kilkanaście minut wydrapywaliśmy zbitą murawę palcami, szukając wahadła. Bez skutku. Przeszło w niebyt…

Przejście w inny wymiar


Jan Wolski w miejscu, gdzie zabrano go do UFO i gdzie zniknęło wahadełko. Fot. z 1985 r.

Zastanawialiśmy się później nad tym, co mogło spowodować dematerializację przedmiotu. Trzeba wziąć pod uwagę, że nasze zachowanie spełniało warunki seansu spirytystycznego. Staliśmy w ciasnym kręgu, stykając się ramionami, w dużym skupieniu, tak jak dzieje się to podczas seansów wywoływania duchów. Krąg ludzi „wymieniających się” bez udziału swej świadomości swoim biopolem to przecież klasyczny „zwój cewki”, w obrębie której może nastąpić otwarcie „okna” w inną czasoprzestrzeń i wywołanie różnych dziwnych zjawisk: wysłania tam przedmiotów, sprowadzenia obcych energii…
Jest bardzo prawdopodobne, że w pewnych miejscach na kuli ziemskiej, np. w Trójkącie Bermudzkim, pojawiają się co jakiś czas wiry energetyczne nieznanego nam jeszcze rodzaju, które „połykają” wszystko, co pechowo znajdzie się w ich zasięgu, i, być może, przenoszą do innego wymiaru, gdzie porwani ludzie nadal żyją. A może „tam” żyć niepodobna i wszyscy giną albo też sam fakt wpadnięcia w wir oznacza nieodwracalną dematerializację, choć wiele przypadków ponownego pojawienia się przedmiotów czy ludzi daje jednak szansę na przeżycie. Sądzę, że już wkrótce nauka będzie potrafiła wyjaśnić – choć w przybliżeniu – dlaczego całe miasta, statki, samoloty i pojedynczy ludzie znikają…

Kazimierz Bzowski

Reklamy

From → Artykuły

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: