Skip to content

ZAGADKOWE STATKI POWIETRZNE

11 listopada 2009

Mimo, że pierwszy udany lot konstrukcji braci Wright odbył się w 1903 roku, to już kilkadziesiąt lat wcześniej podejmowano próby ze skonstruowaniem maszyn mających wzbić się w powietrze. Były to jednak twory nieudane, które, jeśli już uniosły się do góry, to po niedługim czasie spadały z hukiem na ziemię. Jednak, na kilkanaście lata przed historycznym momentem, który stał się udziałem braci Wright, przestworza głównie Ameryki Północnej przemierzały obiekty, których pochodzenie do dzisiaj jest nieznane.

Czyżby kolejni innowymiarowcy? A może Kosmici, którzy niczym kameleony „dopasowali swoje być” do mentalności i sposobu myślenia ludzi schyłku XIX stulecia, potwierdzając tym samym słuszność hipotezy mimikry? A może nieznanie nikomu genialni konstruktorzy, którzy wyprzedzając swoją epokę, mimo wszystko chcieli uniknąć rozgłosu, nie kierując się typowo ludzkimi pobudkami, jak chęć zysku, blichtru czy bycia na piedestale? Na pytania te postaram się udzielić odpowiedzi, jak zwykle przytaczając kilka przypadków, mogących rzucić nieco światła na tę kwestię, pomijaną, niestety przez ufologów. Właściwie, czym były owe konstrukcje? Juliusz Verne w swoich książkach także tworzył wizje aparatów latających, bardzo przypominających te, które obserwowali Amerykanie, unosząc głowy do góry. Jednak między fikcją literacką, a obserwowanymi obiektami była ta różnica, która polegała właśnie na tym, że pojazdy Verne’a były zmyślone na potrzeby książek, a tajemnicze statki latające o nieznanej proweniencji były latającą rzeczywistością. I trzeba dodać, że pierwsze doniesienia o nich pochodzą z lat poprzedzających wydanie książki Verne’a pt.: „Robur zdobywca”, w której autor przedstawia identyczny niemal typ statku powietrznego do aparatu, zaobserwowanego w 1880 roku w Nowym Meksyku. Oto, co świadkowie zaobserwowali w Galisteo Junction (dzisiejsze Lamy). 20 marca 1880 roku wieczorną porą trójka mieszkańców miasteczka wybrała się na spacer na okoliczne wzgórza. Po niedługim czasie do ich uszu dochodzą jakieś odgłosy. Gdy rozglądają się w poszukiwaniu źródła dźwięków, dostrzegają „wielki balon”. Udaje im się także dostrzec członków załogi, a nawet usłyszeć ich rozmowy. Niestety, nie są w stanie zrozumieć, o czym „ci na górze” rozmawiają. Balon miał, według relacji, kształt ryby, a gdy zbliżył się do świadków, było widać dziwne litery na kabinie. Wnętrze kabiny było bardzo eleganckie, a załoga, liczbę której świadkowie ocenili na 8 – 10 członków, kontrolowała pojazd za pomocą urządzenia w kształcie wachlarza. Do tego, z kabiny, wyrzucono jakieś przedmioty, m.in. bukiet kwiatów zapakowany w przypominający jedwab papier, na którym także były umieszczone dziwne znaki przypominające japońskie kaligramy. Po tym statek zwiększył wysokość lotu i znikł w mroku. Rankiem, następnego dnia odnaleziono dziwną filiżankę, którą wystawiono na miejscowym dworcu. Niedługo sprzedano ją pewnej osobie podającej się za archeologa. Po niedługim czasie, zarówno archeolog, jak i znalezisko znikły bez śladu, a prawdo do jedwabnego papieru rościł sobie pewien Chińczyk, twierdząc, że jest to wiadomość od jego narzeczonej, podróżującej statkiem powietrznym z Chin do Nowego Jorku, gdzie miała na niego czekać. Była to oczywiście nieprawda, a sam Chińczyk znikł i nikt już go więcej nie widział[1]. Latający aparat w kształcie dysku pojawił się 10 kwietnia 1897 roku. Kadłub obiektu wg opisu świadków był długi, wąski i miał kształt cygara, Zdawał się być wykonany z jasnego metalu. Z obu stron kadłuba coś wystawało; natomiast nad nim znajdowało się coś w rodzaju nadbudowy, którą zasłaniały skrzydła. Zaś z przodu obiektu znajdował się reflektor. W okolicach środka pojazdu było widać nieduże światła: z prawej strony zielone, a z lewej czerwone reflektory[2]. 21 kwietnia tego samego roku widziane były dwa statki powietrzne ze skrzydłami, które poruszały się tak samo, jak ptasie skrzydła. Wydawca prasowy, Frank Dickson z Jackson Country najpierw usłyszał dźwięk przypominający turkot. Jednak, gdy wyjrzał przez okno, dostrzegł dwa takie obiekty oddalone od siebie o około 200 metrów, jak sam ocenił. Oba statki wysyłały wzajemnie do siebie czerwone i zielone sygnały świetlne. Następnie obie maszyny rozdzieliły się i poleciały w przeciwnych kierunkach[3]. Takich obserwacji był cały zalew. Doniesienia o tajemniczych statkach latających napływały niemal „hurtowo”, a więc w ilościach takich, że trudno tutaj posądzać kogokolwiek o zbiorowe halucynacje lub grupowe obserwacje „alkoholików na rauszu” czy też zwykłych wariatów. Znamienną cechą było to, że świadkowie zaobserwowali w wielu przypadkach silne reflektory, które dzisiaj określilibyśmy mianem szperaczy, czyli bardzo silne wiązki światła, za pomocą których nieznane obiekty „przeszukują” teren. Chociaż w erze obserwacji zagadkowych statków powietrznych zjawisko elektryczności nie było już niczym tajemniczym, to elektryczność zaczynała dopiero swój tryumfalny pochód, rewolucjonizując świat. Ale, samodzielne źródło energii generującej silne promienie światła, zamontowane do tego na statkach latających w okresie, gdy ludzkości brakuje jeszcze kilku lat do wzbicia się w powietrze na czas dłuższy niż dotychczas, wyklucza w tym miejscu hipotezę o ziemskim pochodzeniu zjawiska. Nawet wydumane opowieści o geniuszach pragnących pozostać w ukryciu nie brzmią przekonująco. A kto pilotował owe statki? Sposób ich lotu, według relacji obserwatorów, wskazywał, że były one bez wątpienia kontrolowane przez dobrze wyszkolonych pilotów. Poniższa relacja opisuje nie tylko obserwację aparatu latającego, i, co prawda, nie pilotów, lecz rzekomą wiadomość, którą po sobie pozostawili piloci (a może pasażerowie), zrzucając ją tuż za plecami pewnego kelnera z San Antonio w Teksasie. Działo się to 27 kwietnia, także 1897 roku. Wtedy to, ów kelner usłyszał, że coś ciężkiego spadło na ziemię za jego plecami. Rozglądając się, zauważył na niebie obiekt sunący w przestworzach, a na ziemi leżał metalowy pojemnik, który podarował przyjacielowi, Pablo Remediesowi. Ten z kolei wręczył go miejscowemu drogerzyście, Charlesowi Campbellowi. Sklepikarz, otworzywszy tajemniczy pojemnik, ujrzał podpisany list z adresem „ze statku powietrznego <>”. Campbell zjawił się w redakcji „San Antonio Light”, gdzie zdumieni redaktorzy przeczytali list o tej treści: „ Na pokładzie statku powietrznego ‘Sakramento’, 27 kwietnia 1897 roku. Po wylądowaniu i otrzymaniu poczty i prasy, dowiedzieliśmy się z kilku artykułów, iż niektórzy powątpiewają w istnienie statku powietrznego latającego nad krajem. Aby o jego istnieniu przekonać mieszkańców waszego miasta, przelecimy nad San Antonio jeszcze raz 4 maja między godziną 6:30 a 8:00 w kierunku zachodnim. Nadlecimy nad Government Hill, a potem będziemy lecieć jak najbliżej linii kolejowej. Widzom pokażemy nasz statek. Gdyby wszakże pogoda była zła, nie przybędziemy, bo nie wylądujemy podczas burz ani w ciemnościach w nocy. Jesienią nasz statek będzie przeznaczony do przewozu pasażerów i towarów, do tej pory jednak istnienie naszych linii lotniczych musimy utrzymywać w jak najściślejszej tajemnicy, sporządzimy trzy kopie tego listu i zrzucimy je w różnych częściach miasta z nadzieją, że choć jedna zostanie znaleziona i opublikowana. Pierwszy mat L. S.”. Załoganci nie dotrzymali danego w liście słowa, bo nie zjawili się ani 4 maja, ani później, choć pogoda nieraz dawała ku temu okazję. Oczekujący ich mieszkańcy miasta zawiedli się. Okazuje się, że w Grand Rapids (Michigan) Michigan to prawie dwa tygodnie wcześniej pojawiły się podobne informacje – zapowiedzi. Choć ten tekst potraktować można jako swoisty sygnał SOS: „Znajdujemy się 2500 metrów nad poziomem morza, lecimy kursem na północ. Prowadzimy test statku powietrznego, obawiamy się wszakże, iż koniec nasz jest bliski. Straciliśmy kontrolę nad silnikiem. Prosimy, żeby zawiadomili państwo naszych ludzi. Jesteśmy chyba gdzieś nad Michigan”. Informacja podpisana została przez osoby podające się jako Arthur B. Coast z Laurel, C. C. Harris z Gulfport orz C. W. Rich z Richburga.. Podane miejscowości, co prawda, istnieją – leżą na obrzeżach Missisipi, jednak po gruntownym przyjrzeniu się sprawie pod kątem wymienionych w liście załogantów, okazało się, że wyżej wymienieni nigdy nie mieszkali w podanych miejscowościach. Napotykano na wiadomości z innych statków powietrznych, np. z „Saratogi” bądź „Pegasusa”. Oba wystartowały podobno 10 mil od Lafayette (Tennessee), gdzie podobno je zbudowano. Jedno z odnalezionych pism głosiło, że znaczną ilość elementów konstrukcyjnych dostarczono drogą lądową z Glasgow (Kentucky), a pozostałe elementy z Chicago, St. Louis oraz Pittsburga. Tych informacji jednak nigdy nie potwierdzono[4]. To chyba jakieś żarty?! A może zakrojone na szeroką skalę oszustwo? Tylko po co? Budowa takich statków wymagałaby wielu elementów: geniuszu wyprzedzającego swoją epokę to raz. Do tego elementy konstrukcyjne oraz hale montażowe. Taka „inwestycja” nie mogłaby więc odbyć się w warunkach „chałupniczych”, więc nie mogła pozostać w ukryciu. Ale, żadne informacje o budowie jakiegokolwiek statku nigdy znikąd nie nadeszły do wiadomości opinii publicznej. Owszem, w biurach patentowych zgłaszano kolejne wynalazki z dziedziny aeronautyki, ale w okresie pojawiania się latających aparatów nieznanej proweniencji żadna „ziemska” konstrukcja nie wzbiła się w powietrze na dłużej niż kilka minut (1869 – nieudana konstrukcja Fredericka Mariotta przeleciała ponad milę i… runęła na ziemię, 1872 – napędzany gazem węglowym pojazd Paula Haenleina nie zdołał nawet poderwać się w górę itd.)[5]. A propos zgłoszeń do biur patentowych, nigdy nikt nie zgłosił udanych konstrukcji, to jest tych, przemierzających przestworza Ameryki. Trudno więc wierzyć w bezinteresowność hipotetycznego konstruktora, któremu nie zależałoby na pewnych bez wątpienia profitach. Tymczasem, nadal napotykano na wiadomości od osób, które nigdy istniały. Ba, świadkowie opowiadali także o glosach, czy nawet o muzyce dobiegającej z pokładów tych obiektów. Ale, co z załogantami? Ktoś ich widział? Owszem. Oto pierwszy przykład. 11 kwietnia 1897 roku mieszkańcy Minnetonki (Minnesota) obserwowali latający obiekt w kształcie łodzi. Aparat miał zielone i czerwone światła na każdej burcie, a z przodu silne białe światło (najpewniej szperacz). Wewnątrz zdołali dostrzec „żywe osoby, mężczyzn, kobiet i dzieci” – szybkie ruchy zaobserwowanych wskazywałyby na to, iż byli czymś zaaferowani. Dzień później, farmer Augustus Rodgers wraz z żoną zaobserwowali potężny obiekt, a na jego ‘czubku’ dostrzegli sylwetkę człowieka, który jakby wskazywał kierunek maszynie. 14 kwietnia w okolicach Reynolds (Michigan) sześciu farmerów widziało zniżającą się na ziemię maszynę, a w środku kilku załogantów – wg nich mających trzy metry wzrostu, porozumiewających się za pomocą szczekliwych głosów. 16 kwietnia, W. H. Hopkins spotkał koło Springfield (Missouri) nagą kobietę z długimi włosami i nagiego mężczyznę z równie długą brodą. 3 maja Edwin Shaffer zauważył statek powietrzny, którego długość ocenił na około 12 metrów. Statek wylądował koło Cassville (Indiana), w jej wnętrzu znajdowała się załoga, którą stanowiły karły porozumiewające się jakimś nieznanym językiem[6]. Przedziwne spotkanie z równie przedziwną załogą statku powietrznego przeżyli 25 listopada 1896 roku pułkownik H. G. Shaw i jego przyjaciel Camille Spooner, którzy konno wyruszyli z miasteczka Lodi (Kalifornia). Wieczorem, podczas podróży,, ich konie nagle zatrzymały się, jakby się czegoś wystraszyły. Wtem obaj ujrzeli dziwne istoty, mające ponad dwa metry wzrostu i były bardzo szczupłe. Shaw podszedł do nich i zapytał o ich tożsamość. Ponieważ przybysze nie odpowiedzieli, wojskowy uznał, że go nie rozumieją. Do tego nie mówiły, tylko zaczęły „nucić” o zaczęły się przyglądać zarówno mężczyznom, jak i koniom oraz bagażom. Shaw i Spooner określili, że istoty mają drobnokościste ręce, palce pozbawione paznokci, długie i szczupłe stopy. Gdy Shaw chwycił jedną z nich za łokieć, odniósł wrażenie, że ważą nie więcej jak 30 gramów. Nie miały ubrań, za to były naturalnie owłosione, ich skóra była jak aksamit. Były łyse, uszy bardzo małe, nos niczym wypolerowana kość słoniowe. Oczy były wielkie i błyszczały, usta za to bardzo małe. Cechą szczególną był przedmiot w kształcie torby na lewym ramieniu, do którego przymocowana była rurka. Taki przedmiot miały wszystkie trzy postaci. Wg świadków, był to aparat pomagający im oddychać w naszym środowisko. Mężczyźni uznali tak, ponieważ, gdy wkładały rurki do ust, dało się usłyszeć odgłos wylatującego gazu. Cała „kosmiczna trójka” miała także po jednej jajowatej lampie błyskającej jasnym światłem. Po tym, jak „przebadały” mężczyzn, ich bagaż i konie, najpewniej chciały uprowadzić Shawa. Po nieudanej próbie porwania swoje lampy skierowały w stronę mostu, gdzie stał mający około 50 metrów statek powietrzny. Cała trójka skierowała się w stronę unoszącego się na wysokości około 7 metrów nad lustrem rzeki pojazdu i ruszyła do niego. Przy tym, nie był to normalny ruch, bo Shaw zarzekał się, że istoty nie biegły, lecz jakby ich stopy dotykały ziemi co kilka metrów. Zbliżywszy się do pojazdu, otworzyli boczne drzwi i znaleźli się w jego środku. Sam statek szybko znikł z oczu mężczyzn[7]. Wygląda na to, że kwiecień był kulminacją obserwacji i spotkań z nieznanymi aparatami latającymi i kierującymi nimi załogami. Oto kolejne doniesienia o obserwacjach statków i ich załóg: W połowie kwietnia 1897 roku maszynista parowozu, Jim Hooton usłyszał w okolicy Rockland (Teksas) odgłosy przypominające dźwięki parowozu, a po chwili dostrzegł na polanie statek powietrzny naprawiany przez załogantów. 24 kwietnia 1897 roku w rejonie Chattanooga (Tennessee) wielu świadków widziało dwóch członków załogi, najwyraźniej naprawiających stojący statek powietrzny. Tego samego dnia kapitan H. A. Hooks i jego kompan A. W. Hodges zobaczyli latający obiekt koło Kountze (okolice Beaumont, Teksas). Dwaj członkowie załogi przy pomocy majstrowali z tyłu obiektu. Obaj się także przedstawili – jeden to pan Wilson, drugi pan Jackson. Oświadczyli, że ludzie będą mogli ich zobaczyć, bo naprawa ich pojazdu z pewnością się przeciągnie. Oczywiście, słowa nie dotrzymali, a liczni, żądni sensacji gapie musieli obejść się ze smakiem. Okazało się jednak, że nie tylko Hooks i Hodges zetknęli się z Wilsonem. Spotkanie z „brodatym wynalazcą” przeżyli podobno dziennikarz C. G. Williamson 16 kwietnia, któremu Wilson miał wyjaśnić, że jego statek ma napęd elektryczny, a budowa pojazdu zajęła mu wiele miesięcy i odbywała się w małym mieście w sercu stanu Nowy Jork. James Southard spotkał załogę naprawiającą zamontowany na innym statku szperacz. Załoganci twierdzili,, że posiadającymi na pokładzie bombami zamierzają zasypać hiszpańskie wojska na Kubie. W podobnym tonie wypowiadali się członkowie załogi innego latającego pojazdu zaobserwowanego 15 kwietnia 1897 roku Patrick Burnes z Teksasu. Dzień wcześniej, niejacy John Halley i Adolf Wenke przeprowadzili rozmowę z pewnym obcym mężczyzną, który wysiadał z podobnego obiektu. Wielu członków załóg prosiło ludzi o wodę potrzebną dla maszyn. Takie życzenie wyrazili piloci w Beaumont 19 kwietnia; Uvalde 20 kwietnia, Josseland 22 kwietnia. Około pierwszej w nocy, 23 kwietnia, dwie istoty weszły do saloniku hotelu, przerywając grę w domino prof. Winterspoonowi, majorowi Donahuem prof. Taylorowi i Jonowi Wahrenergerowi. Dziwni przybysze poprosili o wodę do statku. Zaskoczeni gracze, udzielili im pomocy. Jeszcze większego jednak szoku doznali, gdy na własne oczy ujrzeli wielki oświetlony jasnymi, elektrycznymi światłami statek, który oderwawszy się od ziemi, majestatycznie „płynął” w przestworzach[8]. Na koniec, jeszcze jeden przypadek, tym razem z Anglii, z początku XX wieku. Pewnego wieczoru, dwaj angielscy dżentelmeni przemierzali peryferia Londynu, kierując swoje kroki w stronę lasu. Są niecałe 100 metrów od ściany lasu, gdy jeden z nich usiadł na trawie, by wyciągnąć kamień z buta. Nawet nie zdążył tego uczynić, gdy do ich uszu dotarł warkot silnika. Po chwili dostrzegają wielkiego „pająka” wykonanego z matowego srebra, który „wypłynął” tuż nad ziemią z lasu, zbliżając się do zdziwionych Anglików. Na przedzie „pająka” znajdował się silny szperacz oślepiający obu świadków. Jeden z Anglików dostrzegł pierwszego członka załogi, który obsługiwał reflektor. Nazwał go „Jankesem”. Drugi stał z tyłu obiektu, za metalowymi kratami łukowymi i palił fajkę. Jego Anglicy nazwali „Niemcem”. Jeden z Anglików ocenił długość obiektu na 70 – 80 metrów. Sunął nisko tuż nad ziemią, ocierając się o źdźbła traw. Brytyjczycy obserwowali pilotów: Jankes siedział w kabinie sterowniczej z drążkami kojarzącymi się drążkami, służącymi do nalewania piwa dla klientów angielskich pubów. Niemiec stał przed umocowaną na kracie tablicą z mapą, na której naniesione były czerwone oznaczenia. Obaj załoganci ubrani byli w jednoczęściowe kombinezony. Po chwili, „Niemiec” przez kraty wyciągnął rękę i poprosił Anglików o trochę tytoniu. Akcent, z jakim wypowiedział zdanie, nie dało się przypisać do żadnego języka. Jeden z dżentelmenów wyciągnął z kieszeni swój kapciuch i podał go „Niemcowi”. Ten, kiwnąwszy w podziękowaniu głową, cofnął się. W tej chwili pilot przesunął jedną z manetek, po czym gaśnie światło, a warkot silnika stał się nieco donośniejszy. Maszyna uniosła się kilka metrów nad ziemią. Po chwili jednak nagle przyśpieszyła i w ciągu sekundy znikła. Szczyt fali obserwacji latających maszyn przypadł na lata 1896 – 1897 w USA, szczególnie „gorący” był kwiecień, o czym pisałem. W Anglii najwięcej obserwacji odnotowano w latach 1909 i 1913. Nieznane statki powietrzne nawiedziły także Danię w 1908 roku, a także Francję i kilka innych krajów[9]. Na początku tekstu zgadywałem, czym były i skąd pochodziły owe latające statki i pilotujący je załoganci? Nie wydaje mi się, że mamy tu do czynienia z „innowymiarowcami”. Bardziej prawdopodobną hipotezą są obcy, przybierający formę odpowiednią do sposobu myślenia i mentalności odpowiednich dla ludzi żyjących na przełomie stuleci. Obserwacje te mogły być swego rodzaju odbiciem rzeczywistości ludzi, a może i zapowiedzią kolejnego skoku ludzkości – pokonania siły ciążenia, która do tej pory „uziemiała” człowieka. Hipoteza mimikry wyjaśnia także, dlaczego w starożytności ludzie obserwowali „niebiańskie rydwany” kierowane przez „synów nieba”, w średniowieczu latające tarcze oraz płonące krzyże, a w XVI do XVIII wieku obserwowano potężne batalie na firmamencie. Dowodzi to nie tylko słuszności hipotezy, którą zaproponował Johannes Fiebag. To też potwierdzenie faktu, że obcy, niezależnie kim są i skąd pochodzą, byli, są i będą tuż obok nas.

Marcin Kołodziej


Bibliografia: Johannes Fiebag: Inni. Spotkania z pozaziemską inteligencją. Warszawa 1995. Viktor Farkas: Zagadkowe rzeczywistości. Warszawa 1999. [1] Johannes Fiebag Inni. Spotkania z pozaziemską cywilizacją, Warszawa 1995, s. 88 – 89. [2] Tamże, s. 96. [3] Tamże, s. 98. [4] Tamże, s. 103 – 104. [5] Tamże, s. 90. [6] Tamże, s. 109 – 110. [7] Tamże, s. 110 – 111. [8] Tamże, s. 114 – 115. [9] Viktor Farkas Zagadkowe rzeczywistości, Warszawa 1999, s. 111 – 112.

Arkadiusz Miazga

Reklamy

From → Artykuły

Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: